niedziela, 11 grudnia 2016

Grudniowe N2

Zimno, mokro i paskudnie.... Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że należy okopać się w domu przed kompem, zaopatrzyć w dużą ilość żywności odrzuconej przez Etiopczyków* i jakoś przeczekać do wiosny... albo przynajmniej do premiery StarWars.
My postanowiliśmy zwalczyć jesienną depresję i barową pogodę. 

Takie to mamy zmoknięte, ale szczęśliwe efekty w postaci Sobotora
*MRE - Meal Rejected by Etiopian



Trening zorganizowaliśmy na terenie byłej jednostki szkolenia policji w okolicy Kajetan (potocznie przez brać strzelającą nazywaną N2). Na miejscu zastaliśmy kawałek terenu zielonego, choć z racji na porę roku był on raczej szaro - zgniły, kilka górek i dołków idealnych do krótkich scenariuszy z kategorii "My tam, Wy tam", oraz dwupoziomowy budynek w całkiem dobrym stanie. 

Jeśli chodzi o teren zielony, to cytując klasyka, dupy nie urywa... za to budynek przedstawia dla nas całkiem ciekawy kąsek. Potrzebuje oczywiście delikatnego muśnięcia szuflą do gruzu oraz ocieplenia wnętrza podobiznami talibów i zakładników, jednak po tym delikatnym odświeżeniu będzie się nadawał idealnie do ćwiczeń z zakresu czarnej taktyki. Są to dalekosiężne plany, ale na pewno się do nich w którymś momencie zabierzemy...

niedziela, 30 października 2016

Camp SNAFU Charlie - AAR part3

Misja 3 - Ostateczne starcie

Siły własne:
Hotel (4. Kompania), wchodząca w skład głównych sił natarcia.

Zadanie:
Zająć po kolei punkty PV, PT, PG.

Przebieg zadania:
Zostaliśmy wyładowani ze śmigłowców na punkcie DE. Zgodnie z rozkazem dowódcy głównych sił, rozwinęliśmy się w linię na prawo od drogi. Po naszej prawej była już tylko Delta (ASOT). Powoli ruszyliśmy na przód spodziewając się licznych zasadzek, dobrze ukrytych snajperów i innych umilających natarcie atrakcji przygotowanych dla nas przez stronę niebieskich.

Opór zastaliśmy dopiero w okolicy punktu PT, gdzie sprytnie ukryci w rowach i za umocnieniami przeciwnicy upuścili nam trochę krwi. Na szczęście szybka interwencja medyka postawiła rannych na nogi i mogliśmy dalej brnąć w wyznaczonym kierunku. Wróg cofał się, my kroczyliśmy powoli na przód. Nasze oddziały dystrakcyjne, mające za zadanie atak na flance i odciągnięcie przeciwnika, nie znalazły sił nieprzyjaciela, więc dołączyły się po chwili do nas. Niestety kulała trochę komunikacja między dowódcami poszczególnych drużyn, w wyniku czego trzech naszych operatorów oberwało w wyniku friendly fire, z czego jeden niestety skutecznie. W efekcie dotarliśmy do punktu PG, obstawiliśmy skrzyżowanie podwójnym pierścieniem obrony i wypuszczając zwiady i pogonie kąsaliśmy nieprzyjaciela.

Misję można było wykonać lepiej, choć de facto, zdobyliśmy wszystko co mieliśmy zdobyć nie ponosząc makabrycznych strat. Na pewno dało by się lepiej skomunikować poszczególne drużyny i uniknąć friendly fire. Można też było szybciej i sprawniej wyruszyć, dając nieprzyjacielowi mniej czasu na przygotowanie punktów oporu. Zdając sobie jednak sprawę z trudności dowodzenia tak dużą gromadą ludzi, z tak wielu, nie znających się i nie operujących razem drużyn, uważam że i tak było dobrze.

Camp SNAFU Charlie - AAR part 2

Misja 2 - Nocne rozpoznanie

Siły własne:
Drużyny Bravo (Mad Dogs) i Hotel (4 Kompania), łącznie 14 osób

Zadanie:
Rozpoznać punkty NR i NS pod kątem instalacji PLOT, pozostać niewykrytym przez siły nieprzyjaciela. Po rozpoznaniu punktów znaleźć się po zachodniej części drogi i w momencie ataku sił głównych prowadzić działania odwracające uwagę.

Przebieg zadania:
Załadowaliśmy się do śmigieł i ruszyliśmy na punkt WA. Po desancie i dłuższej chwili na przyzwyczajenie się do ciemności ruszyliśmy powoli na punkt NR. Sprawne przemieszczanie się w ciszy nie było łatwe, bo zachmurzenie skutecznie zatrzymało światło księżyca, więc bez nokto chodziliśmy w zasadzie po omacku.
Bez większych przygód udało nam się dotrzeć na punkt NR, na którym nie znaleźliśmy żadnych śladów obecności nieprzyjaciela. Ruszyliśmy więc do kolejnego miejsca.
W międzyczasie dostaliśmy meldunki od trzeciej drużyny rozpoznania, która miała udać się na punkt DA, raportujące duże skupienie przeciwnika działającego  na światłach. W związku z problemami z łącznością ze sztabem, pełniliśmy również funkcję przekaźnika między radiami 2 i 6 m.
Po dotarciu na punkt NS zauważyliśmy w oddali światła, podeszliśmy bardzo ostrożnie, przygotowani na kontakt z nieprzyjacielem. Punkt okazał się być pusty, natomiast widziane przez nas światła były prawdopodobnie latarkami nieprzyjaciela stacjonującego na południe, na punkcie DA.

Nagle dotarł do nas dźwięk samochodów, zalegliśmy i czekaliśmy, mając nadzieję, że zostaniemy niewykryci. Auta zatrzymały się, po chwili usłyszeliśmy że nieprzyjaciel nas widzi w termowizji. Padł rozkaz otwarcia ognia i pod osłoną wycofania się w głąb lasu a następnie oderwania, co niezwłocznie uczyniliśmy. Nasz manewr opierał się na zasadzie gry pojazdów, które nie mogą desantować operatorów jeśli znajdują się pod ostrzałem. Przynajmniej w teorii dawało nam to chwilę na oderwanie. Niestety w ciemnościach udało nam się rozdzielić na dwa składy, na szczęście po chwili odnaleźliśmy się i połączyliśmy znów jeden oddział. Co wydawało nam się dość dziwne, nikt nie puścił się za nami w pogoń, wręcz przeciwnie, auta odjechały w inną stronę. Jak okazało się później, obsada samochodów uznała nas za swoją sojuszniczą jednostkę, a otwarcie ognia jako nieporozumienie, więc aby nas nie niepokoić, po prostu się zwinęli.

Po ogarnięciu oddziału i znalezieniu bezpiecznego miejsca nawiązaliśmy kontakt ze sztabem i zameldowaliśmy całe zajście, czekając na dalsze instrukcje.  Sztab wyznaczył nam kolejne miejsce docelowe, NM. Starając się unikać kontaktu z nieprzyjacielem ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przemierzając ciemny las wielokrotnie słyszeliśmy odgłosy wymiany ognia, pozostając jednak przy własnych rozkazach, podążaliśmy dalej klucząc i unikając jakichkolwiek spotkań.

W czasie naszej wędrówki główne siły prowadzące natarcie zostały rozbite (przez zupełny przypadek najechała na nie pogoń wysłana za naszym oddziałem, jak się już przeciwnik pokapował, że to nie był friendly fire). Jako że wszystkie śmigła były zajęte ewakuacją trupów po epickiej potyczce, i nikt się naszym oddziałem zbytnio nie interesował, postanowiliśmy wrócić z buta do bazy.

Wędrówka w totalnych ciemnościach przez las była bardzo ... integrująca. Odstępy między nami siłą rzeczy się zmniejszyły. Po trasie spotkaliśmy jeszcze duży oddział Zombie, zalegliśmy więc w sosnowym młodniku z zamiarem przeczekania tego pochodu żywych trupów. Adrenalina trochę nam podskoczyła, jak kilku z martwych graczy postanowiło rozładować magazynki idąc do bazy... A za cel obrali sobie ten właśnie młodnik. Kulki padały bardzo blisko.

Ogólnie zadania rozpoznania mają swoją własną specyfikę i nie obfitują w momenty glorii i chwały, epickie potyczki i szaleńcze pościgi za nieprzyjacielem. Pozostaliśmy w miarę możliwości niewykryci, co przy znacznej przewadze nieprzyjaciela uważam za sukces. Nie połamaliśmy również kończyn podczas przemieszczania się po dość trudnym terenie, co też odczytuje in plus.

środa, 26 października 2016

Camp SNAFU Charlie - AAR part 1

Misja 1 - Barbarossa

Siły własne: 
Pluton Młot w sile trzech drużyn - India (Silent Hunters), Hotel (4. Kompania), Charlie (Grupa Gliwice) łącznie 24 op.

Zadanie: Wsparcie obrony pasma wzgórz jako QRF, kontratak na wskazany punkt po nawiązaniu kontaktu przez drużyny broniące punktów BL, BM, BN, NC, NB, BW, zadanie jak największych strat przeciwnikowi.

Przebieg zadania:

Po nadaniu komunikatu Irene, ruszyliśmy na lądowisko śmigłowców. Załadowani w trzy śmigła i po pobieżnym ustaleniu taktyki ruszyliśmy na miejsce wesprzeć obronę wzgórza. Plan zakładał rozwinięcie się w linię, na lewej flance India, Hotel w środku, lekko wycofany, na prawej flance Charlie, i atak na nieprzyjaciela.

Po dotarciu na miejsce (okolice punktu BM), rozpoczęliśmy podejście pod pozycję NW, skąd raportowane były kontakty. Umocniony pagórek był już zajęty przez siły wroga, rozwinęliśmy więc linię i rozpoczęliśmy kontratak. Dobra pozycja nieprzyjaciela oraz brak skoordynowania natarcia spowodował duże straty w India, która pierwsza weszła w zasięg. Udało nam się jednak zająć punkt i po szybkim opatrzeniu rannych i przegrupowaniu kontynuowaliśmy pogoń za odrywającym się przeciwnikiem w kierunku wschodnim.

Po kilku potyczkach nieprzyjaciel zaczął nas flankować. Wraz z niedobitkami z India i Charlie, siłą 8 osób wycofaliśmy na wzgórze NW, zorganizowaliśmy obronę i nawiązaliśmy kontakt ze sztabem w celu uzyskania dalszych rozkazów. Czekając na odpowiedź ze sztabu usłyszeliśmy dźwięk silnika nadjeżdżającego wozu bojowego nieprzyjaciela. Przygotowaliśmy zasadzkę natychmiastową, w którą nieopatrznie wjechał pojazd wroga... i już z niej nie wyjechał. Zasadzka okazała się nadzwyczajnie skuteczna.

Po ponownym nawiązaniu łączności ze sztabem dostaliśmy rozkaz połączenia się z innymi drużynami przebywającymi w terenie i zgrupowaniu się do wspólnego podjęcia przez śmigła. Udaliśmy się na zachód, do punktu BM, gdzie napotkaliśmy drużyny Lima i Alpha. Zorganizowaliśmy obronę lądowiska i czekaliśmy na wezwane wcześniej śmigła, które zabrały nas do bazy.

niedziela, 16 października 2016

Nowy operator 4. Kompanii

Camp SNAFU Charlie zakończył okres rekrutacyjny kolejnego dzielnego strzelca 4. Kompanii. Do naszych szeregów oficjalnie dołączył Brzeszczot, w skrócie nazywany Brzzz.

Brzeszczot jest naszym najmłodszym operatorem, na szczęście może już głosować, kupować alkohol i ma prawo jazdy :) Choć różnica wieku jest między nami spora, to doświadczeniem i wiedzą Młody wcale nie odstaje od reszty składu, a jego entuzjazm i zaangażowanie motywuje nas, tetryków, do działania.

Witamy oficjalnie Brzeszczota w naszej patologicznej rodzinie 4. Kompanii.


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Nowi operatorzy 4. Kompanii

Operacja Cauldron zakończyła oficjalnie okres rekrutacyjny dwóch naszych operatorów.
Do pełnoprawnych członków Kompanii dołączyli zatem Prott i Trubal, których pozyskaliśmy jako wolne elektrony jeszcze na Camp Snafu Alpha.
Witamy i gratulujemy naszywek!


Prott, nasz cichy i zazwyczaj niewidoczny strzelec, zawsze gotowy do wyjścia w teren bez cienia narzekania. Pokazał swoją odwagę i determinacje już na Snafu Alpha, kiedy jako jedyny bez radia, w nocy znalazł resztę oddziału szybciej niż zawodowy żołnierz. 

Trubal, przedstawiciel pomorskiego oddziału zamiejscowego 4. Kompanii, delegatura w Gdyni. Jest z nami rzadko, ale jak już przyjedzie, daje z siebie wszystko... przede wszystkim nieskończone pokłady dobrej energii i zimny browarek w chwili zwątpienia:)


Operacja Anthrax

Sezon wakacyjny 4. Kompania rozpoczęła na Mokrym Ługu stawiając się na 24 godzinnej strzelance scenariuszowej Operation Anthrax.


W składzie siedmioosobowym, zasileni prawie wszystkimi naszymi nomadycznymi przyjaciółmi, instalowaliśmy PeLOTki, patrolowaliśmy teren, eskortowaliśmy złapanego szpiega i polowaliśmy na moździerz w totalnych ciemnościach.


Po południu orgowie zaplanowali dla nas epicką walkę na piaskowych wydmach, do której opracowany został bardzo szczegółowy plan...

Plan oczywiście dał w łeb i wyszła z niego standardowa ganianina po lesie i strzelanie zza krzaka w totalnym chaosie. Pierwiastek strzelankowy uczestników był przeszczęśliwy.

Najwięcej frajdy sprawiło nam operowanie w nocy, gdy bez wsparcia technologicznego, na mapach bez współrzędnych udało nam się wymacać w lesie z drugą sojuszniczą jednostką. Już, już mieliśmy operatorów moździerza na celowniku, gdy zabawę popsuł nam gajowy Marucha. Jego cierpliwość na wybuchy co 10 minut się skończyła i postanowił poganiać biednych ASGejowców po lesie terenówką. W związku z tym incydentem symulacja została na chwilę przerwana i dostaliśmy rozkaz zwijania się na prędkości do FOBów.

Marsz na bazę również odbył się z przygodami... Szliśmy w dwa teamy, mniej więcej 9 osób,aż tu nagle, zza węgła wychodzi na nas druga ekipa. Spotkaliśmy się na skrzyżowaniu jak byśmy tam umówieni byli... Jak się po chwili okazało, była to obstawa moździerza, na którą polowaliśmy od 1,5 godziny. Dzięki zdrowemu rozsądkowi obu stron obyło się bez kwasów i ręka w rękę wróciliśmy na Beton Plac razem.

Generalnie bawiliśmy się dobrze. Gdyby jeszcze zmniejszyć nachalność moderacji rozgrywki, zwiększyć trochę nacisk na porządek w komunikacji radiowej i ogarnąć bardziej dokładne mapy, było by super :) Na pewno będziemy wpadać na następne imprezy tego typu.
Wszystkie foty do obejrzenia na FB :)

Majowe aktywności 4. Kompanii

W maju 4. Kompania wybrała się na dwie imprezy organizowane przez tą samą osobę, a mianowicie Phoenixa, znanego dobrze w mazowieckim środowisku ASG. Mieliśmy okazję uczestniczyć w Operacji Market Garden oraz Patrol Opps.
O ile pierwsza była typową strzelanką, na którą każdy Asgej powinien pójść przynajmniej raz w życiu, aby potem przerzucić się na milsimy, o tyle druga impreza bardziej przypadła nam do gustu ze względu na charakter i zadania.

Zdjęcia z obu wypadów już są w naszej galerii i na profilu FB.

poniedziałek, 16 maja 2016

Camp SNAFU Bravo - AAR subiektywny Fenka cz.III

SCENARIUSZ GŁÓWNY

Na niedzielę Ogrowie przygotowali scenariusz na zasadach S-MS z mobilnymi respami, systemem punktowym i dominacją terenu. Niestety samo zrozumienie zasad i opracowanie opartej na nich taktyki zjadło większość mojej mocy obliczeniowej... Dowódcą strony został Kiero, Kastor objął rolę RTO całości, ja objęłam oddział uderzeniowy Burza, wyposażony w pojazd pancerny, którego rolę na początku pełnił zmodyfikowany Fiacik - Cienias. Później na szczęście dostaliśmy coś większego, choć Cieńki dawał niesamowity klimat.


Zadaniem Burzy było dawanie szybkiego wsparcia tam, gdzie było to potrzebne, wykorzystując maksymalnie mobilność i kulo-odporność pojazdu. Nasz opancerzony wóz mógł być jednak zniszczony poprzez AT (technologia laser tag, nowatorskie, bardzo fajne rozwiązanie urozmaicające rozgrywkę z pojazdami, wymagające jeszcze dopracowania), także nie mogliśmy czuć się całkowicie bezkarni i bezpieczni. 

Na pierwszy ogień poszedł szturm na Wioskę, którą zdobyliśmy i utrzymywaliśmy przez dłuższy czas bez większych problemów. Niestety w pewnym momencie warkot małego silniczka Cieniasa oraz stopień zaczadzenia naszego kierowcy spowodował, że nie usłyszeliśmy na czas alarmu czujnika i nasz bojowóz doznał mocnego uszczerbku na zdrowiu. Aby nie stracić wozu musieliśmy się wycofać...

W tym czasie nieprzyjaciel zdążył zająć naszą Wioskę, co przechyliło szalę zwycięstwa na ich stronę. Musieliśmy coś z tym zrobić. W głowie Kiera powstał plan skoordynowanego ataku z zastosowaniem ostrzału artyleryjskiego i szturmem piechoty. Plan był genialny, niestety mój brak cierpliwości go trochę popsuł... Wjechaliśmy do wioski za wcześnie...

...ale akcja była epicka! Dawno nie miałam takiego zastrzyku adrenaliny jak w momencie wjechania między siły nieprzyjaciela, który zupełnie się tego nie spodziewał. Banany na twarzy moich towarzyszy świadczyły o tym, że i im się podobało. Później niestety dostaliśmy srogi ochrzan od dowódcy. Niestety zasłużony.

Dalsza część akcji była próbą odzyskania przewagi w terenie. Morale trochę podupadło, ale zmobilizowaliśmy się i odbiliśmy Fort. Gdyby akcja trwała kilka minut dłużej odbilibyśmy również stracony samochód, a wtedy, kto wie, może szczęście uśmiechnęło by się do nas ponownie...

WNIOSKI

Camp SNAFU Bravo uważam za udany wyjazd. Szkolenie dowódców, choć nie do końca trafiło w moje oczekiwania, nakreśliło ogólny kierunek, w którym powinnam iść myśląc o kierowaniu zespołem. Działanie w mieszanych składach i wspólne bloki szkoleniowe sprawiały, że nie było spin i kwasów jak to bywa na standardowych imprezach ASG. Nie powstały obozy My i Oni, byliśmy wszyscy jedną wielką ekipą, która starała się pozytywnie spędzić weekend.

W porównaniu do Alphy, Brawo miało bardziej skomplikowaną mechanikę, coraz mniej przypominającą milsima, idącą w stronę rozgrywek RTS. Mniej się czuło realność sytuacji myśląc o której godzinie zginąć, by szybko się zrespić i odzyskać miejsce a wraz z nim dostać punkty. Ten typ rozgrywki zdecydowanie nie przypada mi do gustu...

Z niecierpliwością czekam na Charlie, które ma być w założeniach mocniej milsimowe. 

Camp SNAFU Bravo - AAR subiektywny Fenka cz.II

SCENARIUSZ NOCNY

Po teoretycznym bloku szkoleniowym przyszedł czas na rozprostowanie kości w terenie.
Organizatorzy postanowili nam to zadanie urozmaicić, dokonując totalnego przetasowania teamów. W efekcie zostały stworzone kilkuosobowe zespoły z ludzi znających się tylko z widzenia, dowodzone przez świeżo przeszkolonych leaderów. Brzmi jak katastrofa? Moim zdaniem niekoniecznie. Tylko w ten sposób można było realnie sprawdzić, czy dowódcy cokolwiek przyswoili z kilku godzin wykładów i ćwiczeń. RTO i Navi również nie mogli polegać na wypracowanych w swoim macierzystym teamie procedurach, musieli współpracować z nieznanymi sobie ludźmi. Szturmani mieli natomiast szansę wykazać więcej inicjatywy w działaniu, bo oficerowie - nowicjusze nie rozstawiali ich co do centymetra na polu walki.

Wracając do misji - w totalnie pomieszanym składzie, z Oskarem z Dzikiego Oddziału jako dowódcą, nawigatorem i RTO z którymi miałam okazję pierwszy raz wymienić więcej niż cześć w drzwiach, oraz szturmanami z naszej Kompanii (Kiero, Sobotor i Prot trafili z losowania do mnie) ruszyłam jako zastępca dowódcy w ciemny las. Informacje przekazane nam na odprawie były bardzo enigmatyczne i nie do końca spójne z treściami przekazanymi na szkoleniu. Pomimo dopytywania nie dowiedzieliśmy się jaki jest zamysł naszego działania, co mamy zrobić w razie porażki, czy możemy liczyć na jakiekolwiek wsparcie. Z przekazanych wiadomości wychodziło na to, że w ciemną noc mamy przedostać się na drugi koniec lasu niepostrzeżenie, dotrzeć do samochodu, którego współrzędne dostaniemy przez radio i czekać na dalsze instrukcje. W terenie znajdował się podobno nieprzyjaciel w sile kompanii, którego HQ radziło unikać... No więc poszliśmy.

Na wstępie dostaliśmy ostrzał w wyniku którego ranny został dowódca... Psipadek? Niesomdzem...:)
Następne 40 minut przekradaliśmy się metr po metrze w okrutnych zaroślach, licząc na to, że nikt nas nie dostrzeże. Na szczęście się udało. Nadrabiając drogi i ryzykując podrapaniem, pod osłoną cholernie gęstego sosnowego młodnika udało nam się dotrzeć na wyznaczone miejsce spotkania z samochodem. Radość nasza nie trwała jednak długo, ponieważ kierowca stwierdził, że to nie nas miał z tego miejsca podjąć, a inną drużynę... Zdziwienie, jakkolwiek wielkie, zostało przerwane ostrzałem w plecy, padły trzy osoby, między innymi Oskar. Od tego momentu swoje 5 minut jako dowódca miałam ja.

Szybkie oderwanie do najbliższych zarośli, nokto na czujce, osłona pleców i analiza sytuacji: Dowódca nie żyje, nie mamy RTO, łączność z HQ tylko na 7m, więc nie wiemy i nie dowiemy się co dalej. Mamy kopertę z rozkazem, który mamy otworzyć po znalezieniu ładunków, które są w miejscu ostatniej wymiany ognia, więc próba cofnięcia się jest automatycznym samobójstwem. Samochód odjechał, jest północ, zaczyna być chłodno, ciągle siąpi deszcz... Morale w ekipie powoli pada, planowe zakończenie misji za godzinę.

Zdecydowałam w sposób maksymalnie bezpieczny wycofać się do bazy. Kontynuowanie misji nie było możliwe, bo nie znaliśmy jej celu.

Rozpoczęliśmy więc ostrożny i długi powrót do domu... Gdy w pewnym momencie zadzwonił telefon Trzmiela z DO, naszej czujki z Nokto. Awaryjnym systemem łączności GSM otrzymaliśmy od Oskara nowe rozkazy i zmieniliśmy kierunek marszu, kierując się na Mały Fort.

Po dotarciu na miejsce naszym zadaniem było odwrócić uwagę obrońców fortu od rzeczywistego kierunku ataku, który przeprowadzał Oskar z sojuszniczymi drużynami. Była nas tylko czwórka, więc wiele zrobić nie mogliśmy, przypomniałam sobie jednak taktykę Beltusa. Ruszyliśmy na Fort, każdy z nas miał wyimaginowany fireteam pod swoim dowodzeniem, ja czułam się jakbym dowodziła przynajmniej plutonem. Darliśmy się z całych sił wydając rozkazy oddziałom duchów, strzelając ze wszystkich stron, chrupiąc i szeleszcząc najgłośniej jak się dało... I poskutkowało. Obrońcy zbaranieli, fort został zdobyty.
Niestety chwilę później padliśmy ofiarą friendly fire od sojuszników.

I w tym miejscu powinna się moim zdaniem zakończyć misja nocna. Było już zdrowo po 1.00 w nocy, większość była przemoczona i zmarznięta, kolacja przed misją nie dojechała, więc i rezerwy kaloryczne powoli się kończyły. Org odpowiedzialny za misję rzucił nas jednak na Duży Fort z rozkazem jego zdobycia. Misja była z góry skazana na niepowodzenie, ale rozkaz jest rozkaz. Zginęliśmy dzielnie w świetle szperaczy i pod osłoną grubej warstwy dymów rzucanych przez nieprzyjaciela. Potem z ulgą poczłapaliśmy do Campu.

Dla mnie misja udana, sprawdziłam swoje umiejętności, zmierzyłam się z tremą dowodzenia. Chyba nie było tragicznie, bo mój mieszany team mnie za to nie zlinczował :)


piątek, 6 maja 2016

Camp SNAFU Bravo - AAR subiektywny Fenka cz.I

Po sukcesie pierwszej edycji obozu szkoleniowo - milsimowego Camp SNAFU przyszedł czas na drugą odsłonę tego asgowego eksperymentu. 4.Kompania stawiła się na Campie w składzie 6 osobowym, wszyscy nasi operatorzy mieli już okazję uczestniczyć w poprzedniej edycji, także formuła obozu nie była dla nas zaskoczeniem.

Za namową organizatorów poczyniliśmy pewne roszady w składzie, tak aby szkolenie było przez nas maksymalnie wykorzystane. Kali i Kastor, pełniący funkcje nawigatora i RTO, po odbyciu podstawowego szkolenia na Alphie zapisali się na blok zaawansowany na Bravo. W bloku dedykowanym dla szturmanów uczestniczyli Prot i Sobotor, natomiast na wykłady z dowodzenia zostali oddelegowani Kiero i Fenek, która na Snafu pełniła funkcję dowódcy składu.

autor: Camp SNAFU


Dzień I

SCENARIUSZ WSTĘPNY
Pierwszy scenariusz, nazwany przez orgów rozgrzewkowym, był przede wszystkim sprawdzeniem umiejętności ogarnięcia swoich teamów przez squadleaderów.  Nowatorskim rozwiązaniem było wprowadzenie dowódców do rozgrywki na zasadzie "duchów" - biegających za swoimi ludźmi bez broni i w pomarańczowych kamizelkach, ograniczających się tylko i wyłącznie do wydawania rozkazów. Z pozycji dowodzenia misja przypominała trochę grę RTS - miało to swoje wady i zalety. Przede wszystkim dawało szansę na pełne skupienie nad sytuacją taktyczną swojego oddziału, bez potrzeby martwienia się o własny tyłek, ponieważ był on z zasady nieśmiertelny. Jeśli chodzi o wady, to chodzenie bez broni wśród śmigających wszędzie kulek było z początku mocno deprymujące. Niby wszyscy wiedzą, że to tylko zabawa i realnie nic się nikomu nie dzieje, jednak lata treningów, symulacji i strzelanek wyrabiają w człowieku odruchy i nawyki, które są silniejsze od niego...

Co do wykonania samej misji... Jako swoje pierwsze wprawki w byciu dowódcą oceniam na prawie doskonałą klapę. Niestety dynamika zmieniającego się pola walki w rozgrywkach na zasadach SM-S z respami co kilka minut jest dla mnie, jako zielonego dowódcy zbyt duża, przez co nie jestem w stanie wystarczająco szybko podejmować decyzji, a co za tym idzie, zmniejszam efektywność ekipy. Problem stanowiło też zarządzanie własnym teamem, w którym chłopaki, choć ich uwielbiam i darzę sympatią, nie są jeszcze zgrani, rozłażą się z dwójek, nie słyszą rozkazów, gubią się w lesie i dokonują dziwnych wyborów bez meldowania swojej sytuacji. Efekt jest dość makabryczny - nieogarnięta ekipa zarządzana przez jeszcze bardziej nieogarniętego dowódcę. Na swoją obronę mam tylko tyle, że była to moja pierwsza w życiu misja, gdzie musiałam podjąć trud dowodzenia.

Po tym doświadczeniu jeszcze bardziej doceniam wartość dobrego leadera, nawet jeśli czasem podejmuje złe decyzje. Presja jest na prawdę duża.

BLOK SZKOLENIOWY

Szkolenie dowódców zaczęło się od ... kartkówki - wejściówki z przesłanego wcześniej skryptu dla dowódców. (Jako kujon doskonały nie miałam problemów z napisaniem krótkiego sprawdzianu, więc płynnie przejdę dalej...)

autor: Camp SNAFU
Blok szkoleniowy dla dowódców był dobrze przygotowany pod względem merytorycznym. Zabieg z przesłaniem wcześniej materiałów szkoleniowych uczestnikom zaoszczędził sporo czasu tworząc bazę podstawowej wiedzy, na której potem spokojnie i bez nieporozumień pracowaliśmy.
Treści szkolenia skupiały się głównie na planowaniu i przygotowaniu drużyny do wykonania zadania, a także na szerszym spojrzeniu na działania taktyczne z pozycji dowodzenia plutonem. Wyjście ze szkoleniem o poziom wyżej, czyli rozpatrywanie sytuacji taktycznych z punktu widzenia plutonu, a nie jednej drużyny daje szansę na lepsze zrozumienie i komunikację między dowódcą teamu a HQ strony, czego w realiach strzelankowo - milsimowych bardzo brakuje.

Dla mnie, jako totalnie początkującego dowódcy, zabrakło jednak elementów zarządzania drużyną w prostych sytuacjach taktycznych. Podstawowych informacji jak mam wydawać rozkazy podczas akcji, aby ekipa mnie zrozumiała, w którym momencie wykonać jaki manewr, żeby wykonać zadanie, jak rozlokować ludzi aby mieć jak najmniej strat.

Nauczyłam się natomiast wiele z zakresu planowania akcji, tworzenia rozkazów, zapisywania i przekazywania informacji. Ta wiedza przydała się nam potem na akcji nocnej, ale o tym już w następnym odcinku...

środa, 20 kwietnia 2016

Nowy operator 4.Kompanii

Dołączył do Nas przypadkiem, jako wolny elektron na Camp Snafu Alpha. Spodobało mu się na tyle, że pozostał w naszych szeregach...

Camp Snafu Bravo oficjalnie zakończył okres rekrutacyjny Sobotora. Naszywki przekazane, marsz republiki wybuczany, bo się internet skończył, gratulacje złożone, uścisk dłoni prezesa oraz czuły kopniak w zad również zaliczone.

Kompania rośnie w siłę!


poniedziałek, 18 kwietnia 2016

COMBAT POKER 2016

W pierwszych dniach kwietnia operatorzy 4. Kompanii mieli możliwość uczestniczyć w grze Combat Poker. Do składu naszej ekipy (Kiero, Fenek, Kastor, Kali, Żółw i Ruda) dołączyło dwóch operatorów naszej macierzystej formacji, 1erPIMa : Levik i Sheik.


Gra była wymagająca, na bardzo małym terenie Lasów Radziejowickich operowało około 20 ekip, które szukały a potem odbierały sobie nawzajem karty. Rozgrywka każdy na każdego powodowała ciekawe pod względem taktycznym sytuacje, z których czasem po prostu nie dawało się ujść z życiem.

Pogoda również zebrała swoje żniwo... bytowanie w terenie z użyciem minimalnego sprzętu przy - 3 stopniach jest trudne, choć nie niemożliwe.
W nocy, pomimo dobrego planu przetrwania, polegliśmy w starciu z technologią... Na nokto i termo nie ma rady, choć dzięki epickiej akcji skrytobójczej Levika, nasi oprawcy z BlackOpps również odnieśli poważne straty.

Jeśli chodzi o wnioski i impresje z Combat Pokera, to wczesną wiosną sprzęt do bytowania i zabezpieczenie odpowiednich ciuchów jest bardzo ważne. Operowanie w terenie który się zna daje dużo, jednak przepaść technologiczna, szczególnie podczas działań nocnych, jest nadal nie do przeskoczenia.

Dziękujemy 1erPIMie za wspólne działania, Beltusowi z BO jesteśmy wdzięczni za profesjonalne zorganizowanie gry i całego zaplecza.
Na następną edycję przygotujemy się jeszcze lepiej!

wtorek, 5 kwietnia 2016

Nowy operator w 4.Kompanii!


4. Kompania ma zaszczyt poinformować, że Combat Poker oficjalnie zakończył proces rekrutacyjny kolejnego operatora. Ruda sprawdziła się jako tylna straż naszej formacji, przetrwała nocne bytowanie w mało sprzyjających warunkach i pokazała, że odpowiednia kobieta na odpowiednim miejscu może czasem więcej niż niejeden facet!

Na marginesie dodamy, że Ruda należy do tajemniczej sekcji TrollPatrol, która efektywnie niszczy wszelkie napięcia w naszej drużynie, podnosi morale i sprawia, że na naszych treningach bywa tak... absurdalnie.