niedziela, 20 września 2015

SNAFU, SNAFU I PO SNAFU!



Pierwsze campy za płoty, czyli Camp SNAFU Alpha za nami! Czas na szybki AAR.
 
4. Kompania:
Kiedryn – CO
Feneq – medyk
Kastor – RTO
Sowinek – strzelec

Wolne Elektrony”:
Trubal – LMG
Kali – nawigator
Prot – strzelec
Sobotor – strzelec
Silvan – strzelec

Wybraliśmy się w czteroosobowym składzie - Kiedryn, Fenq, Sowinek i Kastor. Na miejsce dotarliśmy o czasie, z wystarczającym wyprzedzeniem by się wstępnie oszpejować i o 9:00 stanąć na apelu. Okazało się, niestety, że dotarło mniej osób niż ekipa się spodziewała, było nas pod 30 sztuk.

Ekipy  Silent Hunters  oraz  Devil Dogs  zostały połączone w drużynę DELTA,  Dziki Oddział  samodzielnie stanowił drużynę FOXTROT, zaś nasza Kompania, wraz z tzw. Wolnymi Elektronami, desygnowana została jako drużyna ECHO.

Po stronie instruktorów i supportu stali ludzie z Royal Logistic Corps odpowiadający za komunikację radiową (imponująco wyglądał sztab z wielkimi antenami, cieszyły proste 6m radiostacje wręczone drużynom), ekipy  Bear SoldiersRed Towers  oraz  Śnieżne Pantery. Jako szkoleniowy, bardzo powściągliwy i cierpliwy OPFOR wystąpiła ekipa  10th Mountain Division.

Miejscówka była świetna - ogrodzony teren przylegający do gospodarstwa agroturystycznego, niewielkie pole namiotowe, miejsce na ognisko, domki fińskie które pewnie można wynająć w sezonie zimowym, a przede wszystkim ciepła woda i czyste toalety - z prysznicami! Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tych luksusach zawczasu, ponoć jednak nie było pewnym iż będą wszystkie dostępne. Fajnym dodatkiem były również szybko przez nas pozajmowane altany. Na każdy team przypadła jedna, przyczyniając się znacznie do większej dozy interakcji i zacieśnienia więzów w drużynach.

Po apelu dzień rozpoczęliśmy od dość podstawowych, ale ciekawych dla początkujących i w pełni zgodnych z założeniami 'obozu dla zielonych' szkoleń, między innymi wstępu do nawigacji, czytania map oraz podstaw komunikacji radiowej, z ćwiczeniami wykonywanymi na 6m radiostacjach RF-10. Potem zaprezentowano nam prostą oprawę fabularną - oddział OPFOR panoszący się na naszym terenie, który jako jednostka regularna mieliśmy za zadanie rozpoznać i w miarę możliwości pojmać celem identyfikacji. Chwilę później zarządzono wymarsz na pierwszy patrol. 

FRIENDLY FIRE FEST
Tuż za bramą mieliśmy pierwszy "kontakt" - nikt niestety nie uprzedził nas, że za jednostkami opuszczającymi bazę szlajali się będą nie tylko organizatorzy w kamizelkach, ale także Grey z kolegą kręcący o nas film. Ze zrozumiałych powodów, by nie zdradzać naszej pozycji, nie mieli na sobie kamizelek, mieli za to okulary ochronne. W połączeniu z kamerą ich odmienne umundurowanie sprawiało wrażenie uzbrojonego wroga, toteż w obliczu braku odzewu na hasło poleciały w  stronę  "szturmujących nas ze wzgórza wrogów" kulki. Koledzy ponoć nas nie słyszeli i widzieli też słabo, wyjaśniliśmy sobie temat i wszystko było w porządku :D

Zrobiliśmy niewielką rundkę po lesie, zabezpieczając skrzyżowanie dróg, po czym zostaliśmy ściągnięci do bazy. W międzyczasie zaliczyliśmy kontakt ogniowy z wrogiem, kazano nam się jednak z niego wycofać na objective, po czym później kazano nam szturmować tamtą pozycję, jako że niby był to wróg. Tymczasem wróciła stamtąd DELTA, bez kontaktu z wrogiem. Obyło się jednak bez ofiar po żadnej ze stron i zawinęliśmy się do bazy.

Razem z ćwiczeniami i szkoleniami zrobiło się z tego popołudnie. W obozie przywitała nas kolejna wielce pozytywna niespodzianka - ciepła, pyszna grochówka na suto dorzuconej kiełbasie. Na co komu powerbar, gdy dają takie pyszności.

ŁZY SŁOŃCA
Po szamie znów wywalono nas za ogrodzenie, celem urządzenia obławy na wcześniej wypatrzony OPFOR. Szlajaliśmy się w tym samym kierunku co uprzednio, ale za to znacznie głębiej. Kontaktów było niewiele, wkradły się drobne nieporozumienia między drużynami. Sporadyczne kontakty i odskoki OPFORu nękały DELTĘ oraz FOXTROT, podczas gdy ECHO udało się trzymać rdzeń formacji i być poza kontaktem. Pojawiły się też duże problemy z komunikacją ze sztabem, moje radio okazało się później być po prostu wadliwe. Nie pomogła wymiana baterii, ani też rozwieszenie dużej anteny - mocny nadajnik KASJERa czynił go idealnie słyszalnym, moje słowa jednak do sztabu nie docierały. RTO sztabu był tego dnia jakiś nadgorliwiec i straszliwie mnie nękał o radio-check mimo że ewidentnie nie byliśmy w stanie się dogadać.

Chwilę po zmierzchu ruszyliśmy z powrotem, okazjonalnie jeszcze nękani przez OPFOR. Mieliśmy niewielkie problemy z dyscypliną świetlną, szybko jednak zostały okiełznane. Z niewielkimi stratami dotarliśmy do bazy. Wróg jednak nie mógł czuć się pewnie na naszym terenie, zaszczuty przez nas czmychnął.

O JEDNO POLE ZA DALEKO
Dostaliśmy dwie godziny przerwy i padło pytanie - kto pisze się na misję nocną? Bardzo fajne postawienie sprawy - brak przymusu, wyraźnie powiedziane że kto nie czuje się pewnie, boi się że się zgubi, nie ma już siły, może zostać w bazie i nikt mu złego słowa nie powie. Chcieli jednak iść wszyscy! Nawet ci spośród nowicjuszy, którzy ewidentnie bali się, że mogą się zgubić w lesie i nie podołać.

Na szczęście scenariusz był prosty, a jednocześnie wyjątkowo klimatyczny. Nocny zrzut poprzedzony szybkim rozpoznaniem przez Pathfinderów, podstawowy cel odnalezienie i "zniszczenie" przynajmniej dwóch myśliwskich ambon.

Drużyny w przemieszanych po trzy osoby "stickach" zostały "zrzucone" z "helikoptera" na dużym, przeciętym drogą polu pomiędzy zawierającym bazę lasem, a pobliską wsią. Helikopter stanowił van z suwanymi bocznymi drzwiami, zatrzymujący się co 50-100m i wyrzucający kolejnego "spadochroniarza". Po jednym ochotniku z każdej drużyny uprzednio wyznaczono na "Pathfindera". Pathfinderów zrzucono z wyprzedzeniem około 20 minut przed głównym zrzutem. Wyposażeni w sygnalizację świetlną dotarli na punkty zborne swych drużyn i stosownie je oznaczyli. Po zrzucie drużyny zebrały się sprawnie w swoich punktach i dążyły do połączenia sił. Tu mieliśmy nieco problemów z komunikacją między drużynami, chcieliśmy zrobić bezpiecznie, zwłaszcza że widoczność wynosiła 5-10 metrów w niemal totalnej ciemności (całkowicie zachmurzone niebo, brak gwiazd i księżyca). Udało się nam jednak w końcu połączyć i tyralierą, na latarkach, ruszyliśmy przez pola w noc.

Namierzywszy w końcu dwie blisko siebie ustawione ambony dostaliśmy się pod ciężki ostrzał. W ciemności nastąpiło zamieszanie, później okazało się, że dysponujący noktowizję OPFOR mógł dosłownie chodzić pomiędzy naszymi formacjami - tak koszmarnie ciemno było. DELTA i FOXTROT dostały ostrzał z szóstej, nie tylko z frontu, pomieszały szyki i weszły sobie w pola ostrzału, co skończyło się ciężkimi stratami. ECHO w tym czasie broniło ambon i sporadycznie ostrzeliwało linię lasu gdzie również siedzieli wrogowie. Dowódca ECHO pozbierał resztki pozostałych dwóch drużyn i udało się nam wysadzić obie ambony. W tym momencie z pobliskiego zagajnika wpadł w nasze szeregi OPFOR i zmasakrował sporą część nas. Zostałem ranny i opatrzony przez medyka, udało się nam zabić jednego OPFORa i jednego ranić - pojmaliśmy drania! Niestety, jeden z nas się złamał i oznajmił "mam dość, wychodzę", odpalił światło i opuścił grę.

Decyzją dowódcy całość ruszyła szybkim marszem na drogę. Musieliśmy wykonać możliwie szybką ewakuację jeńca!

Na ostatnich 150m przed lasem oczywiście wpadliśmy w zasadzkę - szliśmy, jak się później okazało, prosto na samochody OPFORu! Żeby było śmieszniej, OPFOR który chodził między nam przez całą noc, podsłuchał wszystkie hasła i odzewy, znał imiona naszych pupili i dziewczyn... nie wiedział że pojmaliśmy jednego z nich! Skosili seriami większość naszego oddziału, padł człowiek prowadzący jeńca, przeżyłem ja i dowódca. Odpowiadaliśmy sporadycznym ogniem, starając się nie przemieszczać by nie być oczywistymi celami. W międzyczasie DELTA zabrała jeńca i uciekła z nim dalej. Udawaliśmy trupy, obserwując przedpole i licząc na OPFOR podchodzący by nas sprawdzić. Dowódca dostał serię i ranny nie zdradzał się z tym faktem, podniósł tylko rękę i nie wołał medyka.

Zostałem w miejscu, kątem oka widząc sylwetki OPFOR przechadzające się nieopodal. Oddaliły się, a po 10 minutach "trupy" dookoła zapaliły lampki i uznały że dość leżenia, czas do bazy. Wstałem z nimi i wywołałem zdumienie jako jedyny żywy - ruszyłem więc do przodu, między "karetkami" DELTY i naszą. Po 50 metrach poszła w moim kierunku seria z trzech replik, rzuciłem się więc sprintem przed siebie, byle w ciemność, byle w las. Za mną, po prawej stronie, szperacze ruszyły lasem w pogoń. Wpadłem do lasu, przebiegłem jeszcze 50 metrów i przykucnąłem na skraju drogi. Zdyszany, wiedziałem że nie mam szans uciec. Wczołgałem się więc metr wgłąb lasu, z twarzą tuż przy bruździe, zamaskowałem się i czekałem. Minęło kilka minut. Przeszła jedna i druga "karetka". Kilka minut później przeszły kroki czterech osób bez świateł - sądzę że był to OPFOR, zaparowane gogle i ciemność nie dawały mi szans na zasadzkę, odpuściłem więc i przeczekałem w ciemności 10-15 minut, po czym ruszyłem do bazy. Dotarłem do niej jako ostatni i na tym skończył się dzień pierwszy. 

Okazało się, że przeżyłem jako jedyny z ECHO. FOXTROT zginął cały, a z DELTA ocalały cztery osoby które przyprowadziły jeńca.  Mimo tak poważnych strat, misja okazała się sukcesem - ambony były zniszczone, a jeniec pojmany zgodnie z rozkazami!

Na sam koniec nocy zafundowano nam jeszcze dreszczyk - informację o "trzeciej stronie konfliktu", rozkaz pozostania w okularach i pod bronią. Szybko jednak go odwołano. Zjedliśmy i zostały nam ze cztery godziny snu. Cały obóz gotów był o 8:00 mimo że nie było rozkazu, wystarczyło samo hasło że "do 8ej OPFOR nie wykonuje zadań" - chcieliśmy być na drani gotowi! :D

MIĘDZY MŁOTEM A KOWADŁEM
Wymieniłem radio na nowe (tego dnia spisujące się już bez zarzutu) i ok. 9:00 rano wyruszyliśmy na ostatnią misję, ostateczną obławę na OPFOR, obóz którego zlokalizowano na północ od naszych koszarów. Wymaszerowaliśmy dowodzeni przez Kiedryna jako cały pluton. Dysponując szeregiem kodów sygnałowych (“po kolorach”) poszczególne sekcje były w stanie raportować swój status nie zdradzają swego położenia na radiu – jeśli wróg podsłuchiwał PMRki, z pewnością utrudniło mu to życie. Gdy DELTA oraz ECHO spotkały się na wzgórzach, FOXTROT - niczym lis w kurniku – buszował już pod, a chwilę później w bazie przeciwnika. Ta jednak po przeszukaniu okazała się opustoszała, wróg czekał na nas na przedpolu. Weszliśmy z nim niebawem w zrywany kilkukrotnie kontakt, podgoniliśmy spychając przeciwnika w kierunku dołączających do nas z północy Foxtrotów. Wróg straciwszy kilku żołnierzy uciekł w gęstwinę oddzielającą nas od jego obozu, poniechaliśmy więc pościgu w terenie zbyt dla nas niebezpiecznym. Zamiast tego dokończyliśmy patrol w kierunku wschodnich, szerokim łukiem obchodząc od tyłu niedawne pozycje wroga i starając się sprowokować jego ponowny atak, jako że dysponowaliśmy przewagą ogniową. Nie udało się to jednak, powróciliśmy więc do koszar.

Tam odbyły się dodatkowe szkolenia, a także gra lasertaga. W międzyczasie ECHO wyprowadziło jeszcze swoje Wolne Elektrony na szybki trening piechociarskich podstaw, który ewidentnie sprawił nowicjuszom sporo frajdy. Po kilku rundkach lasertaga przyszło coś zjeść, spakować się i ruszać w drogę.

PODSUMOWANIE
Camp SNAFU Alpha uważam za niesamowicie pożyteczny wyjazd. Pozwolił przetrenować w praktyce, we współpracy z innymi drużynami, na poziomie plutonu, wszystko co trenowaliśmy do tej pory. Dał mi osobiście szansę sprawdzenia się w roli radiooperatora – co okazało się nie tylko dobrą zabawą, ale też moją nową funkcją w 4. Kompanii. Pozyskaliśmy kilku nowych członków, zarówno potencjalnie stałych, jak i nowych Nomadów; wyjaśniły się również ostatecznie pewne kwestie kadrowe – w następnych dniach również ten temat rozwiązaliśmy z życzliwością, powodzeniem i korzyścią, mam wrażenie, dla obu stron.

Z naszej strony olbrzymie podziękowania dla wszystkich ekip związanych z organizacją oraz uczestnictwem w Camp SNAFU Alpha – było to cenne i podnoszące nasze morale doświadczenie, świetna zabawa i ciekawe przeżycie. Mamy nadzieję, że spekulacje o Camp SNAFU Beta „za 3-4 miesiące” zmienią się w faktyczny termin kolejnej imprezy – stawimy się na nią z pewnością i polecimy obecność wszystkim znajomym.

poniedziałek, 7 września 2015

Camp SNAFU Alpha

Czwarta Kompania wybiera się w celach treningowych na Camp Snafu czyli dwudniowy wyjazd milsimowo - szkoleniowy. Będzie to pierwszy dłuższy wyjazd naszej ekipy, mamy jednak nadzieję, że wszyscy wrócimy w jednym kawałku.

Link do imprezy - CAMP SNAFU 

A tu filmik organizatorów z krótkim objaśnieniem zasad trafień:



Oraz spis podstawowego wyposażenia, bardzo podobny do naszego ekwipunku na 24H

Pojedziemy, przeżyjemy (albo i nie), jak wrócimy - opiszemy.