poniedziałek, 16 maja 2016

Camp SNAFU Bravo - AAR subiektywny Fenka cz.II

SCENARIUSZ NOCNY

Po teoretycznym bloku szkoleniowym przyszedł czas na rozprostowanie kości w terenie.
Organizatorzy postanowili nam to zadanie urozmaicić, dokonując totalnego przetasowania teamów. W efekcie zostały stworzone kilkuosobowe zespoły z ludzi znających się tylko z widzenia, dowodzone przez świeżo przeszkolonych leaderów. Brzmi jak katastrofa? Moim zdaniem niekoniecznie. Tylko w ten sposób można było realnie sprawdzić, czy dowódcy cokolwiek przyswoili z kilku godzin wykładów i ćwiczeń. RTO i Navi również nie mogli polegać na wypracowanych w swoim macierzystym teamie procedurach, musieli współpracować z nieznanymi sobie ludźmi. Szturmani mieli natomiast szansę wykazać więcej inicjatywy w działaniu, bo oficerowie - nowicjusze nie rozstawiali ich co do centymetra na polu walki.

Wracając do misji - w totalnie pomieszanym składzie, z Oskarem z Dzikiego Oddziału jako dowódcą, nawigatorem i RTO z którymi miałam okazję pierwszy raz wymienić więcej niż cześć w drzwiach, oraz szturmanami z naszej Kompanii (Kiero, Sobotor i Prot trafili z losowania do mnie) ruszyłam jako zastępca dowódcy w ciemny las. Informacje przekazane nam na odprawie były bardzo enigmatyczne i nie do końca spójne z treściami przekazanymi na szkoleniu. Pomimo dopytywania nie dowiedzieliśmy się jaki jest zamysł naszego działania, co mamy zrobić w razie porażki, czy możemy liczyć na jakiekolwiek wsparcie. Z przekazanych wiadomości wychodziło na to, że w ciemną noc mamy przedostać się na drugi koniec lasu niepostrzeżenie, dotrzeć do samochodu, którego współrzędne dostaniemy przez radio i czekać na dalsze instrukcje. W terenie znajdował się podobno nieprzyjaciel w sile kompanii, którego HQ radziło unikać... No więc poszliśmy.

Na wstępie dostaliśmy ostrzał w wyniku którego ranny został dowódca... Psipadek? Niesomdzem...:)
Następne 40 minut przekradaliśmy się metr po metrze w okrutnych zaroślach, licząc na to, że nikt nas nie dostrzeże. Na szczęście się udało. Nadrabiając drogi i ryzykując podrapaniem, pod osłoną cholernie gęstego sosnowego młodnika udało nam się dotrzeć na wyznaczone miejsce spotkania z samochodem. Radość nasza nie trwała jednak długo, ponieważ kierowca stwierdził, że to nie nas miał z tego miejsca podjąć, a inną drużynę... Zdziwienie, jakkolwiek wielkie, zostało przerwane ostrzałem w plecy, padły trzy osoby, między innymi Oskar. Od tego momentu swoje 5 minut jako dowódca miałam ja.

Szybkie oderwanie do najbliższych zarośli, nokto na czujce, osłona pleców i analiza sytuacji: Dowódca nie żyje, nie mamy RTO, łączność z HQ tylko na 7m, więc nie wiemy i nie dowiemy się co dalej. Mamy kopertę z rozkazem, który mamy otworzyć po znalezieniu ładunków, które są w miejscu ostatniej wymiany ognia, więc próba cofnięcia się jest automatycznym samobójstwem. Samochód odjechał, jest północ, zaczyna być chłodno, ciągle siąpi deszcz... Morale w ekipie powoli pada, planowe zakończenie misji za godzinę.

Zdecydowałam w sposób maksymalnie bezpieczny wycofać się do bazy. Kontynuowanie misji nie było możliwe, bo nie znaliśmy jej celu.

Rozpoczęliśmy więc ostrożny i długi powrót do domu... Gdy w pewnym momencie zadzwonił telefon Trzmiela z DO, naszej czujki z Nokto. Awaryjnym systemem łączności GSM otrzymaliśmy od Oskara nowe rozkazy i zmieniliśmy kierunek marszu, kierując się na Mały Fort.

Po dotarciu na miejsce naszym zadaniem było odwrócić uwagę obrońców fortu od rzeczywistego kierunku ataku, który przeprowadzał Oskar z sojuszniczymi drużynami. Była nas tylko czwórka, więc wiele zrobić nie mogliśmy, przypomniałam sobie jednak taktykę Beltusa. Ruszyliśmy na Fort, każdy z nas miał wyimaginowany fireteam pod swoim dowodzeniem, ja czułam się jakbym dowodziła przynajmniej plutonem. Darliśmy się z całych sił wydając rozkazy oddziałom duchów, strzelając ze wszystkich stron, chrupiąc i szeleszcząc najgłośniej jak się dało... I poskutkowało. Obrońcy zbaranieli, fort został zdobyty.
Niestety chwilę później padliśmy ofiarą friendly fire od sojuszników.

I w tym miejscu powinna się moim zdaniem zakończyć misja nocna. Było już zdrowo po 1.00 w nocy, większość była przemoczona i zmarznięta, kolacja przed misją nie dojechała, więc i rezerwy kaloryczne powoli się kończyły. Org odpowiedzialny za misję rzucił nas jednak na Duży Fort z rozkazem jego zdobycia. Misja była z góry skazana na niepowodzenie, ale rozkaz jest rozkaz. Zginęliśmy dzielnie w świetle szperaczy i pod osłoną grubej warstwy dymów rzucanych przez nieprzyjaciela. Potem z ulgą poczłapaliśmy do Campu.

Dla mnie misja udana, sprawdziłam swoje umiejętności, zmierzyłam się z tremą dowodzenia. Chyba nie było tragicznie, bo mój mieszany team mnie za to nie zlinczował :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz