Rozgrywki ASG mają swoją specyfikę. Ze względu na małe zasięgi oraz możliwość zwiania pocisku z toru lotu, kluczowa dla powodzenia ataku jest szybkość i dynamika.
Treningi nastawione są na zdecydowane parcie do przodu, szybkie wykonywanie manewrów i wykorzystanie elementu zaskoczenia i dynamiki oddziału by w jak najkrótszym czasie zdominować jak największy teren. Szturmowcy i napadziory biegają, strzelają, drą ryja i odwalają całą tą epicką i emocjonująca robotę, która ładnie potem prezentuje się na zdjęciach. Wywalają kilogramy kulek, przelatują przez ładownice kilka razy podczas akcji, turlają się po krzakach i wypatrują wrogów.
Na koniec schodzą z pola walki, martwi lub żywi, chwaląc się kto kogo jak oskrzydlił i ilu nieprzyjaciół odstrzelił.
A gdzieś tam z tyłu jest medyk...
Medyk z racji swojej funkcji nie może pchać się na pierwszą linię ognia, a do szalonego szturmu przyłącza się tylko w ostateczności. Jeśli medyk zginie, nikt już nie dostanie drugiej szansy, nie będzie opcji podniesienia rannych kolegów i wykonania zadania. Wtedy już tylko one shoot, one kill.
Medyk idzie więc z tyłu, czekając aż teren zostanie przynajmniej trochę wyczyszczony i zabezpieczony. Ma oczy dookoła głowy, bo wie jaka ciąży na nim odpowiedzialność, najczęściej robi też robotę czujki tylnej, bo akurat ciągnie w ogonie formacji i nie za bardzo może rzucić się w wir walki. Jego głównym zadaniem nie jest eliminować przeciwników, a podnosić własnych rannych, aby sprawnie wrócili na front oraz zabezpieczać tyły, w czasie kiedy większość ekipy związana jest ogniem na froncie.
Jak wygląda typowa misja, gdy ruszam na nią w funkcji sanitariusza? Przez większość czasu idę za oddziałem, często na samym końcu. Wypatruje maruderów, którzy mają ochotę zajść nas od tyłu lub flankować z daleka. Zwracam szczególną uwagę na cywili, którzy również lubią pojawiać się nagle za oddziałem. Przez cały czas jestem na radio, aby mieć przynajmniej teoretyczny ogląd na to, co się dzieje z moją ekipą z przodu, jakie są cele, kiedy przypuszczalnie nastąpi jakieś starcie.
Potem zaczyna się kocioł, chłopaki biegają, strzelają, flankują i odrywają. Chwilę później obrywają. Ja trzymam się trochę z tyłu, dając im ogień osłonowy, często tylko po to by wywrzeć na wrogu efekt psychologiczny, bo trzymam się na granicy zasięgu. Ktoś pada, ja czekam na zabezpieczenie miejsca i albo ewakuuję, albo opatruję na miejscu. Teraz jest moje 5 minut - im szybciej ściągnę z delikwenta opo, im szybciej zabandażuje i poskładam do kupy, tym szybciej on będzie mógł wstać i pomóc innym w natarciu. Mój sukces liczy się w sekundach poświęconych na łataniu i ilości zużytych bandaży.
Gdy już strzały i jęki rannych ucichną, a ekipa wymienia się potwierdzonymi trafieniami, w mojej głowie kołacze się jedna myśl:
Wywaliłam może półtora magazynka, nie trafiłam nikogo... Podniosłam dziś dziesięciu.
4eCompagnie - Recon, acquisition, training. Drużyna zajmująca się przede wszystkim szkoleniem, zaopatrzeniem i zwiadem.
środa, 29 marca 2017
poniedziałek, 27 marca 2017
Milsim Kontakt - film drogi...
28 stycznia wybraliśmy się na imprezę organizowaną przez Alpha Detachment na kultowej miejscówce Mokry Ług. W założeniu miał być to szybki, dynamiczny milsim obliczony na 6h, osadzony w realiach konfliktu afgańskiego. Mechanika zakładała użycie Red Systemu, skompletowaliśmy więc pełną apteczkę, przyswoiliśmy zasady, medyk wkuł na pamięć cały podręcznik i ruszyliśmy na miejsce.
Milsim przygotowany był całkiem sprawnie... Przed całą akcją ruszyła pełną parą organizacja naszej strony konfliktu, były ISOPREPy, były narady sztabu, łańcuchy dowodzenia, plany, mapy i kryptonimy. Do dyspozycji mieliśmy dwa auta, do obstawienia kilka punktów, generalnie wszystko zapowiadało się bardzo obiecująco. Przygotowani na niskie temperatury, wsparci przez Siwego i Volfa, ruszyliśmy na podbój Afganistanu jako dzielne oddziały ISAF.
Co wyszło i czemu:
Niestety część ekip nie dojechała na miejsce, bo zimno, niedziela, jednak mi się nie chce i nie jestem aż takim uber pro twardzielem (niepotrzebne skreślić). W związku z mniejszą siłą strony, dowódca podjął paskudą decyzję zaprzestania wykonania planu i pójścia "kupą" na poszczególne punkty, żeby na pewno je zdobyć. W efekcie przez następne 4h łaziliśmy po lesie w kilkudziesięcio osobowej kolumnie ubezpieczonej, marznąc i sarkając, a milsim został określony zimowym kinem drogi w realiach ASG.
Swoją drogą musieliśmy być nie lada atrakcją dla wszystkich weekendowych biegaczy i rowerzystów.
W końcu doszliśmy na miejsce ostatecznej akcji... zaatakowaliśmy kupą (jako że tą taktykę konsekwentnie stosował nasz dowódca strony). Efekt zaskoczenia poszedł się paść, bo długo czekaliśmy aż koniec długiej kolumny dotrze do początku i ustali na jakie hasło atakować. Walnęliśmy ze wszystkich rur, partyzanci zaszli nas z tyłu, wyjmując połowę sił. Ja zgarnęłam granat na plecy, co akurat było ciekawszym momentem całej rozgrywki i dobrze go wspominam.
Jakie wnioski nachodzą po całej imprezie? Można zorganizować super imprezę, ale na prawdę dużo zależy od tego, komu powierzysz dowodzenie stroną na milsimie. Chodzenie kupą się nie sprawdza. Większość ekip nie ogarnia komunikacji radiowej i wchodzi z "ej, stachu, widziałeś to z lewej?" na kanał łączności plutonu...
No i środowisko mazowieckie nie dorosło jeszcze do zimowych akcji.
Ale Mokry Ług zimą jest piękny.
Milsim przygotowany był całkiem sprawnie... Przed całą akcją ruszyła pełną parą organizacja naszej strony konfliktu, były ISOPREPy, były narady sztabu, łańcuchy dowodzenia, plany, mapy i kryptonimy. Do dyspozycji mieliśmy dwa auta, do obstawienia kilka punktów, generalnie wszystko zapowiadało się bardzo obiecująco. Przygotowani na niskie temperatury, wsparci przez Siwego i Volfa, ruszyliśmy na podbój Afganistanu jako dzielne oddziały ISAF.
Co wyszło i czemu:
Niestety część ekip nie dojechała na miejsce, bo zimno, niedziela, jednak mi się nie chce i nie jestem aż takim uber pro twardzielem (niepotrzebne skreślić). W związku z mniejszą siłą strony, dowódca podjął paskudą decyzję zaprzestania wykonania planu i pójścia "kupą" na poszczególne punkty, żeby na pewno je zdobyć. W efekcie przez następne 4h łaziliśmy po lesie w kilkudziesięcio osobowej kolumnie ubezpieczonej, marznąc i sarkając, a milsim został określony zimowym kinem drogi w realiach ASG.
Swoją drogą musieliśmy być nie lada atrakcją dla wszystkich weekendowych biegaczy i rowerzystów.
W końcu doszliśmy na miejsce ostatecznej akcji... zaatakowaliśmy kupą (jako że tą taktykę konsekwentnie stosował nasz dowódca strony). Efekt zaskoczenia poszedł się paść, bo długo czekaliśmy aż koniec długiej kolumny dotrze do początku i ustali na jakie hasło atakować. Walnęliśmy ze wszystkich rur, partyzanci zaszli nas z tyłu, wyjmując połowę sił. Ja zgarnęłam granat na plecy, co akurat było ciekawszym momentem całej rozgrywki i dobrze go wspominam.
Jakie wnioski nachodzą po całej imprezie? Można zorganizować super imprezę, ale na prawdę dużo zależy od tego, komu powierzysz dowodzenie stroną na milsimie. Chodzenie kupą się nie sprawdza. Większość ekip nie ogarnia komunikacji radiowej i wchodzi z "ej, stachu, widziałeś to z lewej?" na kanał łączności plutonu...
No i środowisko mazowieckie nie dorosło jeszcze do zimowych akcji.
Ale Mokry Ług zimą jest piękny.
No i jak zwykle ja... Fotograf.
niedziela, 11 grudnia 2016
Grudniowe N2
Zimno, mokro i
paskudnie.... Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że należy
okopać się w domu przed kompem, zaopatrzyć w dużą ilość żywności odrzuconej
przez Etiopczyków* i jakoś przeczekać do wiosny... albo przynajmniej do
premiery StarWars.
My postanowiliśmy zwalczyć jesienną depresję i barową pogodę.
My postanowiliśmy zwalczyć jesienną depresję i barową pogodę.
Takie to mamy
zmoknięte, ale szczęśliwe efekty w postaci Sobotora
*MRE - Meal Rejected
by Etiopian
Trening
zorganizowaliśmy na terenie byłej jednostki szkolenia policji w okolicy Kajetan
(potocznie przez brać strzelającą nazywaną N2). Na miejscu zastaliśmy kawałek
terenu zielonego, choć z racji na porę roku był on raczej szaro - zgniły, kilka
górek i dołków idealnych do krótkich scenariuszy z kategorii "My tam, Wy
tam", oraz dwupoziomowy budynek w całkiem dobrym stanie.
Jeśli
chodzi o teren zielony, to cytując klasyka, dupy nie urywa... za to budynek
przedstawia dla nas całkiem ciekawy kąsek. Potrzebuje oczywiście delikatnego
muśnięcia szuflą do gruzu oraz ocieplenia wnętrza podobiznami talibów i
zakładników, jednak po tym delikatnym odświeżeniu będzie się nadawał idealnie
do ćwiczeń z zakresu czarnej taktyki. Są to dalekosiężne plany, ale na pewno się
do nich w którymś momencie zabierzemy...
niedziela, 30 października 2016
Camp SNAFU Charlie - AAR part3
Misja 3 - Ostateczne starcie
Siły własne:
Hotel (4. Kompania), wchodząca w skład głównych sił natarcia.
Zadanie:
Zająć po kolei punkty PV, PT, PG.
Przebieg zadania:
Zostaliśmy wyładowani ze śmigłowców na punkcie DE. Zgodnie z rozkazem dowódcy głównych sił, rozwinęliśmy się w linię na prawo od drogi. Po naszej prawej była już tylko Delta (ASOT). Powoli ruszyliśmy na przód spodziewając się licznych zasadzek, dobrze ukrytych snajperów i innych umilających natarcie atrakcji przygotowanych dla nas przez stronę niebieskich.
Opór zastaliśmy dopiero w okolicy punktu PT, gdzie sprytnie ukryci w rowach i za umocnieniami przeciwnicy upuścili nam trochę krwi. Na szczęście szybka interwencja medyka postawiła rannych na nogi i mogliśmy dalej brnąć w wyznaczonym kierunku. Wróg cofał się, my kroczyliśmy powoli na przód. Nasze oddziały dystrakcyjne, mające za zadanie atak na flance i odciągnięcie przeciwnika, nie znalazły sił nieprzyjaciela, więc dołączyły się po chwili do nas. Niestety kulała trochę komunikacja między dowódcami poszczególnych drużyn, w wyniku czego trzech naszych operatorów oberwało w wyniku friendly fire, z czego jeden niestety skutecznie. W efekcie dotarliśmy do punktu PG, obstawiliśmy skrzyżowanie podwójnym pierścieniem obrony i wypuszczając zwiady i pogonie kąsaliśmy nieprzyjaciela.
Misję można było wykonać lepiej, choć de facto, zdobyliśmy wszystko co mieliśmy zdobyć nie ponosząc makabrycznych strat. Na pewno dało by się lepiej skomunikować poszczególne drużyny i uniknąć friendly fire. Można też było szybciej i sprawniej wyruszyć, dając nieprzyjacielowi mniej czasu na przygotowanie punktów oporu. Zdając sobie jednak sprawę z trudności dowodzenia tak dużą gromadą ludzi, z tak wielu, nie znających się i nie operujących razem drużyn, uważam że i tak było dobrze.
Siły własne:
Hotel (4. Kompania), wchodząca w skład głównych sił natarcia.
Zadanie:
Zająć po kolei punkty PV, PT, PG.
Przebieg zadania:
Zostaliśmy wyładowani ze śmigłowców na punkcie DE. Zgodnie z rozkazem dowódcy głównych sił, rozwinęliśmy się w linię na prawo od drogi. Po naszej prawej była już tylko Delta (ASOT). Powoli ruszyliśmy na przód spodziewając się licznych zasadzek, dobrze ukrytych snajperów i innych umilających natarcie atrakcji przygotowanych dla nas przez stronę niebieskich.
Opór zastaliśmy dopiero w okolicy punktu PT, gdzie sprytnie ukryci w rowach i za umocnieniami przeciwnicy upuścili nam trochę krwi. Na szczęście szybka interwencja medyka postawiła rannych na nogi i mogliśmy dalej brnąć w wyznaczonym kierunku. Wróg cofał się, my kroczyliśmy powoli na przód. Nasze oddziały dystrakcyjne, mające za zadanie atak na flance i odciągnięcie przeciwnika, nie znalazły sił nieprzyjaciela, więc dołączyły się po chwili do nas. Niestety kulała trochę komunikacja między dowódcami poszczególnych drużyn, w wyniku czego trzech naszych operatorów oberwało w wyniku friendly fire, z czego jeden niestety skutecznie. W efekcie dotarliśmy do punktu PG, obstawiliśmy skrzyżowanie podwójnym pierścieniem obrony i wypuszczając zwiady i pogonie kąsaliśmy nieprzyjaciela.
Misję można było wykonać lepiej, choć de facto, zdobyliśmy wszystko co mieliśmy zdobyć nie ponosząc makabrycznych strat. Na pewno dało by się lepiej skomunikować poszczególne drużyny i uniknąć friendly fire. Można też było szybciej i sprawniej wyruszyć, dając nieprzyjacielowi mniej czasu na przygotowanie punktów oporu. Zdając sobie jednak sprawę z trudności dowodzenia tak dużą gromadą ludzi, z tak wielu, nie znających się i nie operujących razem drużyn, uważam że i tak było dobrze.
Camp SNAFU Charlie - AAR part 2
Misja 2 - Nocne rozpoznanie
Siły własne:
Drużyny Bravo (Mad Dogs) i Hotel (4 Kompania), łącznie 14 osób
Zadanie:
Rozpoznać punkty NR i NS pod kątem instalacji PLOT, pozostać niewykrytym przez siły nieprzyjaciela. Po rozpoznaniu punktów znaleźć się po zachodniej części drogi i w momencie ataku sił głównych prowadzić działania odwracające uwagę.
Przebieg zadania:
Załadowaliśmy się do śmigieł i ruszyliśmy na punkt WA. Po desancie i dłuższej chwili na przyzwyczajenie się do ciemności ruszyliśmy powoli na punkt NR. Sprawne przemieszczanie się w ciszy nie było łatwe, bo zachmurzenie skutecznie zatrzymało światło księżyca, więc bez nokto chodziliśmy w zasadzie po omacku.
Bez większych przygód udało nam się dotrzeć na punkt NR, na którym nie znaleźliśmy żadnych śladów obecności nieprzyjaciela. Ruszyliśmy więc do kolejnego miejsca.
W międzyczasie dostaliśmy meldunki od trzeciej drużyny rozpoznania, która miała udać się na punkt DA, raportujące duże skupienie przeciwnika działającego na światłach. W związku z problemami z łącznością ze sztabem, pełniliśmy również funkcję przekaźnika między radiami 2 i 6 m.
Po dotarciu na punkt NS zauważyliśmy w oddali światła, podeszliśmy bardzo ostrożnie, przygotowani na kontakt z nieprzyjacielem. Punkt okazał się być pusty, natomiast widziane przez nas światła były prawdopodobnie latarkami nieprzyjaciela stacjonującego na południe, na punkcie DA.
Nagle dotarł do nas dźwięk samochodów, zalegliśmy i czekaliśmy, mając nadzieję, że zostaniemy niewykryci. Auta zatrzymały się, po chwili usłyszeliśmy że nieprzyjaciel nas widzi w termowizji. Padł rozkaz otwarcia ognia i pod osłoną wycofania się w głąb lasu a następnie oderwania, co niezwłocznie uczyniliśmy. Nasz manewr opierał się na zasadzie gry pojazdów, które nie mogą desantować operatorów jeśli znajdują się pod ostrzałem. Przynajmniej w teorii dawało nam to chwilę na oderwanie. Niestety w ciemnościach udało nam się rozdzielić na dwa składy, na szczęście po chwili odnaleźliśmy się i połączyliśmy znów jeden oddział. Co wydawało nam się dość dziwne, nikt nie puścił się za nami w pogoń, wręcz przeciwnie, auta odjechały w inną stronę. Jak okazało się później, obsada samochodów uznała nas za swoją sojuszniczą jednostkę, a otwarcie ognia jako nieporozumienie, więc aby nas nie niepokoić, po prostu się zwinęli.
Po ogarnięciu oddziału i znalezieniu bezpiecznego miejsca nawiązaliśmy kontakt ze sztabem i zameldowaliśmy całe zajście, czekając na dalsze instrukcje. Sztab wyznaczył nam kolejne miejsce docelowe, NM. Starając się unikać kontaktu z nieprzyjacielem ruszyliśmy w dalszą drogę.
Przemierzając ciemny las wielokrotnie słyszeliśmy odgłosy wymiany ognia, pozostając jednak przy własnych rozkazach, podążaliśmy dalej klucząc i unikając jakichkolwiek spotkań.
W czasie naszej wędrówki główne siły prowadzące natarcie zostały rozbite (przez zupełny przypadek najechała na nie pogoń wysłana za naszym oddziałem, jak się już przeciwnik pokapował, że to nie był friendly fire). Jako że wszystkie śmigła były zajęte ewakuacją trupów po epickiej potyczce, i nikt się naszym oddziałem zbytnio nie interesował, postanowiliśmy wrócić z buta do bazy.
Wędrówka w totalnych ciemnościach przez las była bardzo ... integrująca. Odstępy między nami siłą rzeczy się zmniejszyły. Po trasie spotkaliśmy jeszcze duży oddział Zombie, zalegliśmy więc w sosnowym młodniku z zamiarem przeczekania tego pochodu żywych trupów. Adrenalina trochę nam podskoczyła, jak kilku z martwych graczy postanowiło rozładować magazynki idąc do bazy... A za cel obrali sobie ten właśnie młodnik. Kulki padały bardzo blisko.
Ogólnie zadania rozpoznania mają swoją własną specyfikę i nie obfitują w momenty glorii i chwały, epickie potyczki i szaleńcze pościgi za nieprzyjacielem. Pozostaliśmy w miarę możliwości niewykryci, co przy znacznej przewadze nieprzyjaciela uważam za sukces. Nie połamaliśmy również kończyn podczas przemieszczania się po dość trudnym terenie, co też odczytuje in plus.
Siły własne:
Drużyny Bravo (Mad Dogs) i Hotel (4 Kompania), łącznie 14 osób
Zadanie:
Rozpoznać punkty NR i NS pod kątem instalacji PLOT, pozostać niewykrytym przez siły nieprzyjaciela. Po rozpoznaniu punktów znaleźć się po zachodniej części drogi i w momencie ataku sił głównych prowadzić działania odwracające uwagę.
Przebieg zadania:
Załadowaliśmy się do śmigieł i ruszyliśmy na punkt WA. Po desancie i dłuższej chwili na przyzwyczajenie się do ciemności ruszyliśmy powoli na punkt NR. Sprawne przemieszczanie się w ciszy nie było łatwe, bo zachmurzenie skutecznie zatrzymało światło księżyca, więc bez nokto chodziliśmy w zasadzie po omacku.
Bez większych przygód udało nam się dotrzeć na punkt NR, na którym nie znaleźliśmy żadnych śladów obecności nieprzyjaciela. Ruszyliśmy więc do kolejnego miejsca.
W międzyczasie dostaliśmy meldunki od trzeciej drużyny rozpoznania, która miała udać się na punkt DA, raportujące duże skupienie przeciwnika działającego na światłach. W związku z problemami z łącznością ze sztabem, pełniliśmy również funkcję przekaźnika między radiami 2 i 6 m.
Po dotarciu na punkt NS zauważyliśmy w oddali światła, podeszliśmy bardzo ostrożnie, przygotowani na kontakt z nieprzyjacielem. Punkt okazał się być pusty, natomiast widziane przez nas światła były prawdopodobnie latarkami nieprzyjaciela stacjonującego na południe, na punkcie DA.
Nagle dotarł do nas dźwięk samochodów, zalegliśmy i czekaliśmy, mając nadzieję, że zostaniemy niewykryci. Auta zatrzymały się, po chwili usłyszeliśmy że nieprzyjaciel nas widzi w termowizji. Padł rozkaz otwarcia ognia i pod osłoną wycofania się w głąb lasu a następnie oderwania, co niezwłocznie uczyniliśmy. Nasz manewr opierał się na zasadzie gry pojazdów, które nie mogą desantować operatorów jeśli znajdują się pod ostrzałem. Przynajmniej w teorii dawało nam to chwilę na oderwanie. Niestety w ciemnościach udało nam się rozdzielić na dwa składy, na szczęście po chwili odnaleźliśmy się i połączyliśmy znów jeden oddział. Co wydawało nam się dość dziwne, nikt nie puścił się za nami w pogoń, wręcz przeciwnie, auta odjechały w inną stronę. Jak okazało się później, obsada samochodów uznała nas za swoją sojuszniczą jednostkę, a otwarcie ognia jako nieporozumienie, więc aby nas nie niepokoić, po prostu się zwinęli.
Po ogarnięciu oddziału i znalezieniu bezpiecznego miejsca nawiązaliśmy kontakt ze sztabem i zameldowaliśmy całe zajście, czekając na dalsze instrukcje. Sztab wyznaczył nam kolejne miejsce docelowe, NM. Starając się unikać kontaktu z nieprzyjacielem ruszyliśmy w dalszą drogę.
Przemierzając ciemny las wielokrotnie słyszeliśmy odgłosy wymiany ognia, pozostając jednak przy własnych rozkazach, podążaliśmy dalej klucząc i unikając jakichkolwiek spotkań.
W czasie naszej wędrówki główne siły prowadzące natarcie zostały rozbite (przez zupełny przypadek najechała na nie pogoń wysłana za naszym oddziałem, jak się już przeciwnik pokapował, że to nie był friendly fire). Jako że wszystkie śmigła były zajęte ewakuacją trupów po epickiej potyczce, i nikt się naszym oddziałem zbytnio nie interesował, postanowiliśmy wrócić z buta do bazy.
Wędrówka w totalnych ciemnościach przez las była bardzo ... integrująca. Odstępy między nami siłą rzeczy się zmniejszyły. Po trasie spotkaliśmy jeszcze duży oddział Zombie, zalegliśmy więc w sosnowym młodniku z zamiarem przeczekania tego pochodu żywych trupów. Adrenalina trochę nam podskoczyła, jak kilku z martwych graczy postanowiło rozładować magazynki idąc do bazy... A za cel obrali sobie ten właśnie młodnik. Kulki padały bardzo blisko.
Ogólnie zadania rozpoznania mają swoją własną specyfikę i nie obfitują w momenty glorii i chwały, epickie potyczki i szaleńcze pościgi za nieprzyjacielem. Pozostaliśmy w miarę możliwości niewykryci, co przy znacznej przewadze nieprzyjaciela uważam za sukces. Nie połamaliśmy również kończyn podczas przemieszczania się po dość trudnym terenie, co też odczytuje in plus.
środa, 26 października 2016
Camp SNAFU Charlie - AAR part 1
Misja 1 - Barbarossa
Siły własne:
Pluton Młot w sile trzech drużyn - India (Silent Hunters), Hotel (4. Kompania), Charlie (Grupa Gliwice) łącznie 24 op.
Zadanie: Wsparcie obrony pasma wzgórz jako QRF, kontratak na wskazany punkt po nawiązaniu kontaktu przez drużyny broniące punktów BL, BM, BN, NC, NB, BW, zadanie jak największych strat przeciwnikowi.
Przebieg zadania:
Po nadaniu komunikatu Irene, ruszyliśmy na lądowisko śmigłowców. Załadowani w trzy śmigła i po pobieżnym ustaleniu taktyki ruszyliśmy na miejsce wesprzeć obronę wzgórza. Plan zakładał rozwinięcie się w linię, na lewej flance India, Hotel w środku, lekko wycofany, na prawej flance Charlie, i atak na nieprzyjaciela.
Po dotarciu na miejsce (okolice punktu BM), rozpoczęliśmy podejście pod pozycję NW, skąd raportowane były kontakty. Umocniony pagórek był już zajęty przez siły wroga, rozwinęliśmy więc linię i rozpoczęliśmy kontratak. Dobra pozycja nieprzyjaciela oraz brak skoordynowania natarcia spowodował duże straty w India, która pierwsza weszła w zasięg. Udało nam się jednak zająć punkt i po szybkim opatrzeniu rannych i przegrupowaniu kontynuowaliśmy pogoń za odrywającym się przeciwnikiem w kierunku wschodnim.
Po kilku potyczkach nieprzyjaciel zaczął nas flankować. Wraz z niedobitkami z India i Charlie, siłą 8 osób wycofaliśmy na wzgórze NW, zorganizowaliśmy obronę i nawiązaliśmy kontakt ze sztabem w celu uzyskania dalszych rozkazów. Czekając na odpowiedź ze sztabu usłyszeliśmy dźwięk silnika nadjeżdżającego wozu bojowego nieprzyjaciela. Przygotowaliśmy zasadzkę natychmiastową, w którą nieopatrznie wjechał pojazd wroga... i już z niej nie wyjechał. Zasadzka okazała się nadzwyczajnie skuteczna.
Po ponownym nawiązaniu łączności ze sztabem dostaliśmy rozkaz połączenia się z innymi drużynami przebywającymi w terenie i zgrupowaniu się do wspólnego podjęcia przez śmigła. Udaliśmy się na zachód, do punktu BM, gdzie napotkaliśmy drużyny Lima i Alpha. Zorganizowaliśmy obronę lądowiska i czekaliśmy na wezwane wcześniej śmigła, które zabrały nas do bazy.
Siły własne:
Pluton Młot w sile trzech drużyn - India (Silent Hunters), Hotel (4. Kompania), Charlie (Grupa Gliwice) łącznie 24 op.
Zadanie: Wsparcie obrony pasma wzgórz jako QRF, kontratak na wskazany punkt po nawiązaniu kontaktu przez drużyny broniące punktów BL, BM, BN, NC, NB, BW, zadanie jak największych strat przeciwnikowi.
Przebieg zadania:
Po nadaniu komunikatu Irene, ruszyliśmy na lądowisko śmigłowców. Załadowani w trzy śmigła i po pobieżnym ustaleniu taktyki ruszyliśmy na miejsce wesprzeć obronę wzgórza. Plan zakładał rozwinięcie się w linię, na lewej flance India, Hotel w środku, lekko wycofany, na prawej flance Charlie, i atak na nieprzyjaciela.
Po dotarciu na miejsce (okolice punktu BM), rozpoczęliśmy podejście pod pozycję NW, skąd raportowane były kontakty. Umocniony pagórek był już zajęty przez siły wroga, rozwinęliśmy więc linię i rozpoczęliśmy kontratak. Dobra pozycja nieprzyjaciela oraz brak skoordynowania natarcia spowodował duże straty w India, która pierwsza weszła w zasięg. Udało nam się jednak zająć punkt i po szybkim opatrzeniu rannych i przegrupowaniu kontynuowaliśmy pogoń za odrywającym się przeciwnikiem w kierunku wschodnim.
Po kilku potyczkach nieprzyjaciel zaczął nas flankować. Wraz z niedobitkami z India i Charlie, siłą 8 osób wycofaliśmy na wzgórze NW, zorganizowaliśmy obronę i nawiązaliśmy kontakt ze sztabem w celu uzyskania dalszych rozkazów. Czekając na odpowiedź ze sztabu usłyszeliśmy dźwięk silnika nadjeżdżającego wozu bojowego nieprzyjaciela. Przygotowaliśmy zasadzkę natychmiastową, w którą nieopatrznie wjechał pojazd wroga... i już z niej nie wyjechał. Zasadzka okazała się nadzwyczajnie skuteczna.
Po ponownym nawiązaniu łączności ze sztabem dostaliśmy rozkaz połączenia się z innymi drużynami przebywającymi w terenie i zgrupowaniu się do wspólnego podjęcia przez śmigła. Udaliśmy się na zachód, do punktu BM, gdzie napotkaliśmy drużyny Lima i Alpha. Zorganizowaliśmy obronę lądowiska i czekaliśmy na wezwane wcześniej śmigła, które zabrały nas do bazy.
niedziela, 16 października 2016
Nowy operator 4. Kompanii
Camp SNAFU Charlie zakończył okres rekrutacyjny kolejnego dzielnego strzelca 4. Kompanii. Do naszych szeregów oficjalnie dołączył Brzeszczot, w skrócie nazywany Brzzz.
Brzeszczot jest naszym najmłodszym operatorem, na szczęście może już głosować, kupować alkohol i ma prawo jazdy :) Choć różnica wieku jest między nami spora, to doświadczeniem i wiedzą Młody wcale nie odstaje od reszty składu, a jego entuzjazm i zaangażowanie motywuje nas, tetryków, do działania.
Witamy oficjalnie Brzeszczota w naszej patologicznej rodzinie 4. Kompanii.
Brzeszczot jest naszym najmłodszym operatorem, na szczęście może już głosować, kupować alkohol i ma prawo jazdy :) Choć różnica wieku jest między nami spora, to doświadczeniem i wiedzą Młody wcale nie odstaje od reszty składu, a jego entuzjazm i zaangażowanie motywuje nas, tetryków, do działania.
Witamy oficjalnie Brzeszczota w naszej patologicznej rodzinie 4. Kompanii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







