Rozgrywki ASG mają swoją specyfikę. Ze względu na małe zasięgi oraz możliwość zwiania pocisku z toru lotu, kluczowa dla powodzenia ataku jest szybkość i dynamika.
Treningi nastawione są na zdecydowane parcie do przodu, szybkie wykonywanie manewrów i wykorzystanie elementu zaskoczenia i dynamiki oddziału by w jak najkrótszym czasie zdominować jak największy teren. Szturmowcy i napadziory biegają, strzelają, drą ryja i odwalają całą tą epicką i emocjonująca robotę, która ładnie potem prezentuje się na zdjęciach. Wywalają kilogramy kulek, przelatują przez ładownice kilka razy podczas akcji, turlają się po krzakach i wypatrują wrogów.
Na koniec schodzą z pola walki, martwi lub żywi, chwaląc się kto kogo jak oskrzydlił i ilu nieprzyjaciół odstrzelił.
A gdzieś tam z tyłu jest medyk...
Medyk z racji swojej funkcji nie może pchać się na pierwszą linię ognia, a do szalonego szturmu przyłącza się tylko w ostateczności. Jeśli medyk zginie, nikt już nie dostanie drugiej szansy, nie będzie opcji podniesienia rannych kolegów i wykonania zadania. Wtedy już tylko one shoot, one kill.
Medyk idzie więc z tyłu, czekając aż teren zostanie przynajmniej trochę wyczyszczony i zabezpieczony. Ma oczy dookoła głowy, bo wie jaka ciąży na nim odpowiedzialność, najczęściej robi też robotę czujki tylnej, bo akurat ciągnie w ogonie formacji i nie za bardzo może rzucić się w wir walki. Jego głównym zadaniem nie jest eliminować przeciwników, a podnosić własnych rannych, aby sprawnie wrócili na front oraz zabezpieczać tyły, w czasie kiedy większość ekipy związana jest ogniem na froncie.
Jak wygląda typowa misja, gdy ruszam na nią w funkcji sanitariusza? Przez większość czasu idę za oddziałem, często na samym końcu. Wypatruje maruderów, którzy mają ochotę zajść nas od tyłu lub flankować z daleka. Zwracam szczególną uwagę na cywili, którzy również lubią pojawiać się nagle za oddziałem. Przez cały czas jestem na radio, aby mieć przynajmniej teoretyczny ogląd na to, co się dzieje z moją ekipą z przodu, jakie są cele, kiedy przypuszczalnie nastąpi jakieś starcie.
Potem zaczyna się kocioł, chłopaki biegają, strzelają, flankują i odrywają. Chwilę później obrywają. Ja trzymam się trochę z tyłu, dając im ogień osłonowy, często tylko po to by wywrzeć na wrogu efekt psychologiczny, bo trzymam się na granicy zasięgu. Ktoś pada, ja czekam na zabezpieczenie miejsca i albo ewakuuję, albo opatruję na miejscu. Teraz jest moje 5 minut - im szybciej ściągnę z delikwenta opo, im szybciej zabandażuje i poskładam do kupy, tym szybciej on będzie mógł wstać i pomóc innym w natarciu. Mój sukces liczy się w sekundach poświęconych na łataniu i ilości zużytych bandaży.
Gdy już strzały i jęki rannych ucichną, a ekipa wymienia się potwierdzonymi trafieniami, w mojej głowie kołacze się jedna myśl:
Wywaliłam może półtora magazynka, nie trafiłam nikogo... Podniosłam dziś dziesięciu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz