Camp SNAFU Charlie zakończył okres rekrutacyjny kolejnego dzielnego strzelca 4. Kompanii. Do naszych szeregów oficjalnie dołączył Brzeszczot, w skrócie nazywany Brzzz.
Brzeszczot jest naszym najmłodszym operatorem, na szczęście może już głosować, kupować alkohol i ma prawo jazdy :) Choć różnica wieku jest między nami spora, to doświadczeniem i wiedzą Młody wcale nie odstaje od reszty składu, a jego entuzjazm i zaangażowanie motywuje nas, tetryków, do działania.
Witamy oficjalnie Brzeszczota w naszej patologicznej rodzinie 4. Kompanii.
4eCompagnie - Recon, acquisition, training. Drużyna zajmująca się przede wszystkim szkoleniem, zaopatrzeniem i zwiadem.
niedziela, 16 października 2016
poniedziałek, 29 sierpnia 2016
Nowi operatorzy 4. Kompanii
Operacja Cauldron zakończyła oficjalnie okres rekrutacyjny dwóch naszych operatorów.
Do pełnoprawnych członków Kompanii dołączyli zatem Prott i Trubal, których pozyskaliśmy jako wolne elektrony jeszcze na Camp Snafu Alpha.
Witamy i gratulujemy naszywek!
Do pełnoprawnych członków Kompanii dołączyli zatem Prott i Trubal, których pozyskaliśmy jako wolne elektrony jeszcze na Camp Snafu Alpha.
Witamy i gratulujemy naszywek!
Prott, nasz cichy i zazwyczaj niewidoczny strzelec, zawsze gotowy do wyjścia w teren bez cienia narzekania. Pokazał swoją odwagę i determinacje już na Snafu Alpha, kiedy jako jedyny bez radia, w nocy znalazł resztę oddziału szybciej niż zawodowy żołnierz.
Trubal, przedstawiciel pomorskiego oddziału zamiejscowego 4. Kompanii, delegatura w Gdyni. Jest z nami rzadko, ale jak już przyjedzie, daje z siebie wszystko... przede wszystkim nieskończone pokłady dobrej energii i zimny browarek w chwili zwątpienia:)
Operacja Anthrax
Sezon wakacyjny 4. Kompania rozpoczęła na Mokrym Ługu stawiając się na 24 godzinnej strzelance scenariuszowej Operation Anthrax.
W składzie siedmioosobowym, zasileni prawie wszystkimi naszymi nomadycznymi przyjaciółmi, instalowaliśmy PeLOTki, patrolowaliśmy teren, eskortowaliśmy złapanego szpiega i polowaliśmy na moździerz w totalnych ciemnościach.
Po południu orgowie zaplanowali dla nas epicką walkę na piaskowych wydmach, do której opracowany został bardzo szczegółowy plan...
Najwięcej frajdy sprawiło nam operowanie w nocy, gdy bez wsparcia technologicznego, na mapach bez współrzędnych udało nam się wymacać w lesie z drugą sojuszniczą jednostką. Już, już mieliśmy operatorów moździerza na celowniku, gdy zabawę popsuł nam gajowy Marucha. Jego cierpliwość na wybuchy co 10 minut się skończyła i postanowił poganiać biednych ASGejowców po lesie terenówką. W związku z tym incydentem symulacja została na chwilę przerwana i dostaliśmy rozkaz zwijania się na prędkości do FOBów.
Marsz na bazę również odbył się z przygodami... Szliśmy w dwa teamy, mniej więcej 9 osób,aż tu nagle, zza węgła wychodzi na nas druga ekipa. Spotkaliśmy się na skrzyżowaniu jak byśmy tam umówieni byli... Jak się po chwili okazało, była to obstawa moździerza, na którą polowaliśmy od 1,5 godziny. Dzięki zdrowemu rozsądkowi obu stron obyło się bez kwasów i ręka w rękę wróciliśmy na Beton Plac razem.
Generalnie bawiliśmy się dobrze. Gdyby jeszcze zmniejszyć nachalność moderacji rozgrywki, zwiększyć trochę nacisk na porządek w komunikacji radiowej i ogarnąć bardziej dokładne mapy, było by super :) Na pewno będziemy wpadać na następne imprezy tego typu.
Wszystkie foty do obejrzenia na FB :)
W składzie siedmioosobowym, zasileni prawie wszystkimi naszymi nomadycznymi przyjaciółmi, instalowaliśmy PeLOTki, patrolowaliśmy teren, eskortowaliśmy złapanego szpiega i polowaliśmy na moździerz w totalnych ciemnościach.
Po południu orgowie zaplanowali dla nas epicką walkę na piaskowych wydmach, do której opracowany został bardzo szczegółowy plan...
Plan oczywiście dał w łeb i wyszła z niego standardowa ganianina po lesie i strzelanie zza krzaka w totalnym chaosie. Pierwiastek strzelankowy uczestników był przeszczęśliwy.
Najwięcej frajdy sprawiło nam operowanie w nocy, gdy bez wsparcia technologicznego, na mapach bez współrzędnych udało nam się wymacać w lesie z drugą sojuszniczą jednostką. Już, już mieliśmy operatorów moździerza na celowniku, gdy zabawę popsuł nam gajowy Marucha. Jego cierpliwość na wybuchy co 10 minut się skończyła i postanowił poganiać biednych ASGejowców po lesie terenówką. W związku z tym incydentem symulacja została na chwilę przerwana i dostaliśmy rozkaz zwijania się na prędkości do FOBów.
Marsz na bazę również odbył się z przygodami... Szliśmy w dwa teamy, mniej więcej 9 osób,aż tu nagle, zza węgła wychodzi na nas druga ekipa. Spotkaliśmy się na skrzyżowaniu jak byśmy tam umówieni byli... Jak się po chwili okazało, była to obstawa moździerza, na którą polowaliśmy od 1,5 godziny. Dzięki zdrowemu rozsądkowi obu stron obyło się bez kwasów i ręka w rękę wróciliśmy na Beton Plac razem.
Generalnie bawiliśmy się dobrze. Gdyby jeszcze zmniejszyć nachalność moderacji rozgrywki, zwiększyć trochę nacisk na porządek w komunikacji radiowej i ogarnąć bardziej dokładne mapy, było by super :) Na pewno będziemy wpadać na następne imprezy tego typu.
Wszystkie foty do obejrzenia na FB :)
Majowe aktywności 4. Kompanii
W maju 4. Kompania wybrała się na dwie imprezy organizowane przez tą samą osobę, a mianowicie Phoenixa, znanego dobrze w mazowieckim środowisku ASG. Mieliśmy okazję uczestniczyć w Operacji Market Garden oraz Patrol Opps.
O ile pierwsza była typową strzelanką, na którą każdy Asgej powinien pójść przynajmniej raz w życiu, aby potem przerzucić się na milsimy, o tyle druga impreza bardziej przypadła nam do gustu ze względu na charakter i zadania.
Zdjęcia z obu wypadów już są w naszej galerii i na profilu FB.
O ile pierwsza była typową strzelanką, na którą każdy Asgej powinien pójść przynajmniej raz w życiu, aby potem przerzucić się na milsimy, o tyle druga impreza bardziej przypadła nam do gustu ze względu na charakter i zadania.
Zdjęcia z obu wypadów już są w naszej galerii i na profilu FB.
poniedziałek, 16 maja 2016
Camp SNAFU Bravo - AAR subiektywny Fenka cz.III
SCENARIUSZ GŁÓWNY
Na niedzielę Ogrowie przygotowali scenariusz na zasadach S-MS z mobilnymi respami, systemem punktowym i dominacją terenu. Niestety samo zrozumienie zasad i opracowanie opartej na nich taktyki zjadło większość mojej mocy obliczeniowej... Dowódcą strony został Kiero, Kastor objął rolę RTO całości, ja objęłam oddział uderzeniowy Burza, wyposażony w pojazd pancerny, którego rolę na początku pełnił zmodyfikowany Fiacik - Cienias. Później na szczęście dostaliśmy coś większego, choć Cieńki dawał niesamowity klimat.
Na niedzielę Ogrowie przygotowali scenariusz na zasadach S-MS z mobilnymi respami, systemem punktowym i dominacją terenu. Niestety samo zrozumienie zasad i opracowanie opartej na nich taktyki zjadło większość mojej mocy obliczeniowej... Dowódcą strony został Kiero, Kastor objął rolę RTO całości, ja objęłam oddział uderzeniowy Burza, wyposażony w pojazd pancerny, którego rolę na początku pełnił zmodyfikowany Fiacik - Cienias. Później na szczęście dostaliśmy coś większego, choć Cieńki dawał niesamowity klimat.
Zadaniem Burzy było dawanie szybkiego wsparcia tam, gdzie było to potrzebne, wykorzystując maksymalnie mobilność i kulo-odporność pojazdu. Nasz opancerzony wóz mógł być jednak zniszczony poprzez AT (technologia laser tag, nowatorskie, bardzo fajne rozwiązanie urozmaicające rozgrywkę z pojazdami, wymagające jeszcze dopracowania), także nie mogliśmy czuć się całkowicie bezkarni i bezpieczni.
Na pierwszy ogień poszedł szturm na Wioskę, którą zdobyliśmy i utrzymywaliśmy przez dłuższy czas bez większych problemów. Niestety w pewnym momencie warkot małego silniczka Cieniasa oraz stopień zaczadzenia naszego kierowcy spowodował, że nie usłyszeliśmy na czas alarmu czujnika i nasz bojowóz doznał mocnego uszczerbku na zdrowiu. Aby nie stracić wozu musieliśmy się wycofać...
W tym czasie nieprzyjaciel zdążył zająć naszą Wioskę, co przechyliło szalę zwycięstwa na ich stronę. Musieliśmy coś z tym zrobić. W głowie Kiera powstał plan skoordynowanego ataku z zastosowaniem ostrzału artyleryjskiego i szturmem piechoty. Plan był genialny, niestety mój brak cierpliwości go trochę popsuł... Wjechaliśmy do wioski za wcześnie...
...ale akcja była epicka! Dawno nie miałam takiego zastrzyku adrenaliny jak w momencie wjechania między siły nieprzyjaciela, który zupełnie się tego nie spodziewał. Banany na twarzy moich towarzyszy świadczyły o tym, że i im się podobało. Później niestety dostaliśmy srogi ochrzan od dowódcy. Niestety zasłużony.
Dalsza część akcji była próbą odzyskania przewagi w terenie. Morale trochę podupadło, ale zmobilizowaliśmy się i odbiliśmy Fort. Gdyby akcja trwała kilka minut dłużej odbilibyśmy również stracony samochód, a wtedy, kto wie, może szczęście uśmiechnęło by się do nas ponownie...
WNIOSKI
Camp SNAFU Bravo uważam za udany wyjazd. Szkolenie dowódców, choć nie do końca trafiło w moje oczekiwania, nakreśliło ogólny kierunek, w którym powinnam iść myśląc o kierowaniu zespołem. Działanie w mieszanych składach i wspólne bloki szkoleniowe sprawiały, że nie było spin i kwasów jak to bywa na standardowych imprezach ASG. Nie powstały obozy My i Oni, byliśmy wszyscy jedną wielką ekipą, która starała się pozytywnie spędzić weekend.
W porównaniu do Alphy, Brawo miało bardziej skomplikowaną mechanikę, coraz mniej przypominającą milsima, idącą w stronę rozgrywek RTS. Mniej się czuło realność sytuacji myśląc o której godzinie zginąć, by szybko się zrespić i odzyskać miejsce a wraz z nim dostać punkty. Ten typ rozgrywki zdecydowanie nie przypada mi do gustu...
Z niecierpliwością czekam na Charlie, które ma być w założeniach mocniej milsimowe.
Camp SNAFU Bravo - AAR subiektywny Fenka cz.II
SCENARIUSZ NOCNY
Po teoretycznym bloku szkoleniowym przyszedł czas na rozprostowanie kości w terenie.
Organizatorzy postanowili nam to zadanie urozmaicić, dokonując totalnego przetasowania teamów. W efekcie zostały stworzone kilkuosobowe zespoły z ludzi znających się tylko z widzenia, dowodzone przez świeżo przeszkolonych leaderów. Brzmi jak katastrofa? Moim zdaniem niekoniecznie. Tylko w ten sposób można było realnie sprawdzić, czy dowódcy cokolwiek przyswoili z kilku godzin wykładów i ćwiczeń. RTO i Navi również nie mogli polegać na wypracowanych w swoim macierzystym teamie procedurach, musieli współpracować z nieznanymi sobie ludźmi. Szturmani mieli natomiast szansę wykazać więcej inicjatywy w działaniu, bo oficerowie - nowicjusze nie rozstawiali ich co do centymetra na polu walki.
Wracając do misji - w totalnie pomieszanym składzie, z Oskarem z Dzikiego Oddziału jako dowódcą, nawigatorem i RTO z którymi miałam okazję pierwszy raz wymienić więcej niż cześć w drzwiach, oraz szturmanami z naszej Kompanii (Kiero, Sobotor i Prot trafili z losowania do mnie) ruszyłam jako zastępca dowódcy w ciemny las. Informacje przekazane nam na odprawie były bardzo enigmatyczne i nie do końca spójne z treściami przekazanymi na szkoleniu. Pomimo dopytywania nie dowiedzieliśmy się jaki jest zamysł naszego działania, co mamy zrobić w razie porażki, czy możemy liczyć na jakiekolwiek wsparcie. Z przekazanych wiadomości wychodziło na to, że w ciemną noc mamy przedostać się na drugi koniec lasu niepostrzeżenie, dotrzeć do samochodu, którego współrzędne dostaniemy przez radio i czekać na dalsze instrukcje. W terenie znajdował się podobno nieprzyjaciel w sile kompanii, którego HQ radziło unikać... No więc poszliśmy.
Na wstępie dostaliśmy ostrzał w wyniku którego ranny został dowódca... Psipadek? Niesomdzem...:)
Następne 40 minut przekradaliśmy się metr po metrze w okrutnych zaroślach, licząc na to, że nikt nas nie dostrzeże. Na szczęście się udało. Nadrabiając drogi i ryzykując podrapaniem, pod osłoną cholernie gęstego sosnowego młodnika udało nam się dotrzeć na wyznaczone miejsce spotkania z samochodem. Radość nasza nie trwała jednak długo, ponieważ kierowca stwierdził, że to nie nas miał z tego miejsca podjąć, a inną drużynę... Zdziwienie, jakkolwiek wielkie, zostało przerwane ostrzałem w plecy, padły trzy osoby, między innymi Oskar. Od tego momentu swoje 5 minut jako dowódca miałam ja.
Szybkie oderwanie do najbliższych zarośli, nokto na czujce, osłona pleców i analiza sytuacji: Dowódca nie żyje, nie mamy RTO, łączność z HQ tylko na 7m, więc nie wiemy i nie dowiemy się co dalej. Mamy kopertę z rozkazem, który mamy otworzyć po znalezieniu ładunków, które są w miejscu ostatniej wymiany ognia, więc próba cofnięcia się jest automatycznym samobójstwem. Samochód odjechał, jest północ, zaczyna być chłodno, ciągle siąpi deszcz... Morale w ekipie powoli pada, planowe zakończenie misji za godzinę.
Zdecydowałam w sposób maksymalnie bezpieczny wycofać się do bazy. Kontynuowanie misji nie było możliwe, bo nie znaliśmy jej celu.
Rozpoczęliśmy więc ostrożny i długi powrót do domu... Gdy w pewnym momencie zadzwonił telefon Trzmiela z DO, naszej czujki z Nokto. Awaryjnym systemem łączności GSM otrzymaliśmy od Oskara nowe rozkazy i zmieniliśmy kierunek marszu, kierując się na Mały Fort.
Po dotarciu na miejsce naszym zadaniem było odwrócić uwagę obrońców fortu od rzeczywistego kierunku ataku, który przeprowadzał Oskar z sojuszniczymi drużynami. Była nas tylko czwórka, więc wiele zrobić nie mogliśmy, przypomniałam sobie jednak taktykę Beltusa. Ruszyliśmy na Fort, każdy z nas miał wyimaginowany fireteam pod swoim dowodzeniem, ja czułam się jakbym dowodziła przynajmniej plutonem. Darliśmy się z całych sił wydając rozkazy oddziałom duchów, strzelając ze wszystkich stron, chrupiąc i szeleszcząc najgłośniej jak się dało... I poskutkowało. Obrońcy zbaranieli, fort został zdobyty.
Niestety chwilę później padliśmy ofiarą friendly fire od sojuszników.
I w tym miejscu powinna się moim zdaniem zakończyć misja nocna. Było już zdrowo po 1.00 w nocy, większość była przemoczona i zmarznięta, kolacja przed misją nie dojechała, więc i rezerwy kaloryczne powoli się kończyły. Org odpowiedzialny za misję rzucił nas jednak na Duży Fort z rozkazem jego zdobycia. Misja była z góry skazana na niepowodzenie, ale rozkaz jest rozkaz. Zginęliśmy dzielnie w świetle szperaczy i pod osłoną grubej warstwy dymów rzucanych przez nieprzyjaciela. Potem z ulgą poczłapaliśmy do Campu.
Dla mnie misja udana, sprawdziłam swoje umiejętności, zmierzyłam się z tremą dowodzenia. Chyba nie było tragicznie, bo mój mieszany team mnie za to nie zlinczował :)
Po teoretycznym bloku szkoleniowym przyszedł czas na rozprostowanie kości w terenie.
Organizatorzy postanowili nam to zadanie urozmaicić, dokonując totalnego przetasowania teamów. W efekcie zostały stworzone kilkuosobowe zespoły z ludzi znających się tylko z widzenia, dowodzone przez świeżo przeszkolonych leaderów. Brzmi jak katastrofa? Moim zdaniem niekoniecznie. Tylko w ten sposób można było realnie sprawdzić, czy dowódcy cokolwiek przyswoili z kilku godzin wykładów i ćwiczeń. RTO i Navi również nie mogli polegać na wypracowanych w swoim macierzystym teamie procedurach, musieli współpracować z nieznanymi sobie ludźmi. Szturmani mieli natomiast szansę wykazać więcej inicjatywy w działaniu, bo oficerowie - nowicjusze nie rozstawiali ich co do centymetra na polu walki.
Wracając do misji - w totalnie pomieszanym składzie, z Oskarem z Dzikiego Oddziału jako dowódcą, nawigatorem i RTO z którymi miałam okazję pierwszy raz wymienić więcej niż cześć w drzwiach, oraz szturmanami z naszej Kompanii (Kiero, Sobotor i Prot trafili z losowania do mnie) ruszyłam jako zastępca dowódcy w ciemny las. Informacje przekazane nam na odprawie były bardzo enigmatyczne i nie do końca spójne z treściami przekazanymi na szkoleniu. Pomimo dopytywania nie dowiedzieliśmy się jaki jest zamysł naszego działania, co mamy zrobić w razie porażki, czy możemy liczyć na jakiekolwiek wsparcie. Z przekazanych wiadomości wychodziło na to, że w ciemną noc mamy przedostać się na drugi koniec lasu niepostrzeżenie, dotrzeć do samochodu, którego współrzędne dostaniemy przez radio i czekać na dalsze instrukcje. W terenie znajdował się podobno nieprzyjaciel w sile kompanii, którego HQ radziło unikać... No więc poszliśmy.
Na wstępie dostaliśmy ostrzał w wyniku którego ranny został dowódca... Psipadek? Niesomdzem...:)
Następne 40 minut przekradaliśmy się metr po metrze w okrutnych zaroślach, licząc na to, że nikt nas nie dostrzeże. Na szczęście się udało. Nadrabiając drogi i ryzykując podrapaniem, pod osłoną cholernie gęstego sosnowego młodnika udało nam się dotrzeć na wyznaczone miejsce spotkania z samochodem. Radość nasza nie trwała jednak długo, ponieważ kierowca stwierdził, że to nie nas miał z tego miejsca podjąć, a inną drużynę... Zdziwienie, jakkolwiek wielkie, zostało przerwane ostrzałem w plecy, padły trzy osoby, między innymi Oskar. Od tego momentu swoje 5 minut jako dowódca miałam ja.
Szybkie oderwanie do najbliższych zarośli, nokto na czujce, osłona pleców i analiza sytuacji: Dowódca nie żyje, nie mamy RTO, łączność z HQ tylko na 7m, więc nie wiemy i nie dowiemy się co dalej. Mamy kopertę z rozkazem, który mamy otworzyć po znalezieniu ładunków, które są w miejscu ostatniej wymiany ognia, więc próba cofnięcia się jest automatycznym samobójstwem. Samochód odjechał, jest północ, zaczyna być chłodno, ciągle siąpi deszcz... Morale w ekipie powoli pada, planowe zakończenie misji za godzinę.
Zdecydowałam w sposób maksymalnie bezpieczny wycofać się do bazy. Kontynuowanie misji nie było możliwe, bo nie znaliśmy jej celu.
Rozpoczęliśmy więc ostrożny i długi powrót do domu... Gdy w pewnym momencie zadzwonił telefon Trzmiela z DO, naszej czujki z Nokto. Awaryjnym systemem łączności GSM otrzymaliśmy od Oskara nowe rozkazy i zmieniliśmy kierunek marszu, kierując się na Mały Fort.
Po dotarciu na miejsce naszym zadaniem było odwrócić uwagę obrońców fortu od rzeczywistego kierunku ataku, który przeprowadzał Oskar z sojuszniczymi drużynami. Była nas tylko czwórka, więc wiele zrobić nie mogliśmy, przypomniałam sobie jednak taktykę Beltusa. Ruszyliśmy na Fort, każdy z nas miał wyimaginowany fireteam pod swoim dowodzeniem, ja czułam się jakbym dowodziła przynajmniej plutonem. Darliśmy się z całych sił wydając rozkazy oddziałom duchów, strzelając ze wszystkich stron, chrupiąc i szeleszcząc najgłośniej jak się dało... I poskutkowało. Obrońcy zbaranieli, fort został zdobyty.
Niestety chwilę później padliśmy ofiarą friendly fire od sojuszników.
I w tym miejscu powinna się moim zdaniem zakończyć misja nocna. Było już zdrowo po 1.00 w nocy, większość była przemoczona i zmarznięta, kolacja przed misją nie dojechała, więc i rezerwy kaloryczne powoli się kończyły. Org odpowiedzialny za misję rzucił nas jednak na Duży Fort z rozkazem jego zdobycia. Misja była z góry skazana na niepowodzenie, ale rozkaz jest rozkaz. Zginęliśmy dzielnie w świetle szperaczy i pod osłoną grubej warstwy dymów rzucanych przez nieprzyjaciela. Potem z ulgą poczłapaliśmy do Campu.
Dla mnie misja udana, sprawdziłam swoje umiejętności, zmierzyłam się z tremą dowodzenia. Chyba nie było tragicznie, bo mój mieszany team mnie za to nie zlinczował :)
piątek, 6 maja 2016
Camp SNAFU Bravo - AAR subiektywny Fenka cz.I
Po sukcesie pierwszej edycji obozu szkoleniowo - milsimowego Camp SNAFU przyszedł czas na drugą odsłonę tego asgowego eksperymentu. 4.Kompania stawiła się na Campie w składzie 6 osobowym, wszyscy nasi operatorzy mieli już okazję uczestniczyć w poprzedniej edycji, także formuła obozu nie była dla nas zaskoczeniem.
Za namową organizatorów poczyniliśmy pewne roszady w składzie, tak aby szkolenie było przez nas maksymalnie wykorzystane. Kali i Kastor, pełniący funkcje nawigatora i RTO, po odbyciu podstawowego szkolenia na Alphie zapisali się na blok zaawansowany na Bravo. W bloku dedykowanym dla szturmanów uczestniczyli Prot i Sobotor, natomiast na wykłady z dowodzenia zostali oddelegowani Kiero i Fenek, która na Snafu pełniła funkcję dowódcy składu.
Dzień I
SCENARIUSZ WSTĘPNY
Pierwszy scenariusz, nazwany przez orgów rozgrzewkowym, był przede wszystkim sprawdzeniem umiejętności ogarnięcia swoich teamów przez squadleaderów. Nowatorskim rozwiązaniem było wprowadzenie dowódców do rozgrywki na zasadzie "duchów" - biegających za swoimi ludźmi bez broni i w pomarańczowych kamizelkach, ograniczających się tylko i wyłącznie do wydawania rozkazów. Z pozycji dowodzenia misja przypominała trochę grę RTS - miało to swoje wady i zalety. Przede wszystkim dawało szansę na pełne skupienie nad sytuacją taktyczną swojego oddziału, bez potrzeby martwienia się o własny tyłek, ponieważ był on z zasady nieśmiertelny. Jeśli chodzi o wady, to chodzenie bez broni wśród śmigających wszędzie kulek było z początku mocno deprymujące. Niby wszyscy wiedzą, że to tylko zabawa i realnie nic się nikomu nie dzieje, jednak lata treningów, symulacji i strzelanek wyrabiają w człowieku odruchy i nawyki, które są silniejsze od niego...
Co do wykonania samej misji... Jako swoje pierwsze wprawki w byciu dowódcą oceniam na prawie doskonałą klapę. Niestety dynamika zmieniającego się pola walki w rozgrywkach na zasadach SM-S z respami co kilka minut jest dla mnie, jako zielonego dowódcy zbyt duża, przez co nie jestem w stanie wystarczająco szybko podejmować decyzji, a co za tym idzie, zmniejszam efektywność ekipy. Problem stanowiło też zarządzanie własnym teamem, w którym chłopaki, choć ich uwielbiam i darzę sympatią, nie są jeszcze zgrani, rozłażą się z dwójek, nie słyszą rozkazów, gubią się w lesie i dokonują dziwnych wyborów bez meldowania swojej sytuacji. Efekt jest dość makabryczny - nieogarnięta ekipa zarządzana przez jeszcze bardziej nieogarniętego dowódcę. Na swoją obronę mam tylko tyle, że była to moja pierwsza w życiu misja, gdzie musiałam podjąć trud dowodzenia.
Po tym doświadczeniu jeszcze bardziej doceniam wartość dobrego leadera, nawet jeśli czasem podejmuje złe decyzje. Presja jest na prawdę duża.
BLOK SZKOLENIOWY
Szkolenie dowódców zaczęło się od ... kartkówki - wejściówki z przesłanego wcześniej skryptu dla dowódców. (Jako kujon doskonały nie miałam problemów z napisaniem krótkiego sprawdzianu, więc płynnie przejdę dalej...)
Blok szkoleniowy dla dowódców był dobrze przygotowany pod względem merytorycznym. Zabieg z przesłaniem wcześniej materiałów szkoleniowych uczestnikom zaoszczędził sporo czasu tworząc bazę podstawowej wiedzy, na której potem spokojnie i bez nieporozumień pracowaliśmy.
Treści szkolenia skupiały się głównie na planowaniu i przygotowaniu drużyny do wykonania zadania, a także na szerszym spojrzeniu na działania taktyczne z pozycji dowodzenia plutonem. Wyjście ze szkoleniem o poziom wyżej, czyli rozpatrywanie sytuacji taktycznych z punktu widzenia plutonu, a nie jednej drużyny daje szansę na lepsze zrozumienie i komunikację między dowódcą teamu a HQ strony, czego w realiach strzelankowo - milsimowych bardzo brakuje.
Dla mnie, jako totalnie początkującego dowódcy, zabrakło jednak elementów zarządzania drużyną w prostych sytuacjach taktycznych. Podstawowych informacji jak mam wydawać rozkazy podczas akcji, aby ekipa mnie zrozumiała, w którym momencie wykonać jaki manewr, żeby wykonać zadanie, jak rozlokować ludzi aby mieć jak najmniej strat.
Nauczyłam się natomiast wiele z zakresu planowania akcji, tworzenia rozkazów, zapisywania i przekazywania informacji. Ta wiedza przydała się nam potem na akcji nocnej, ale o tym już w następnym odcinku...
Za namową organizatorów poczyniliśmy pewne roszady w składzie, tak aby szkolenie było przez nas maksymalnie wykorzystane. Kali i Kastor, pełniący funkcje nawigatora i RTO, po odbyciu podstawowego szkolenia na Alphie zapisali się na blok zaawansowany na Bravo. W bloku dedykowanym dla szturmanów uczestniczyli Prot i Sobotor, natomiast na wykłady z dowodzenia zostali oddelegowani Kiero i Fenek, która na Snafu pełniła funkcję dowódcy składu.
![]() |
| autor: Camp SNAFU |
Dzień I
SCENARIUSZ WSTĘPNY
Pierwszy scenariusz, nazwany przez orgów rozgrzewkowym, był przede wszystkim sprawdzeniem umiejętności ogarnięcia swoich teamów przez squadleaderów. Nowatorskim rozwiązaniem było wprowadzenie dowódców do rozgrywki na zasadzie "duchów" - biegających za swoimi ludźmi bez broni i w pomarańczowych kamizelkach, ograniczających się tylko i wyłącznie do wydawania rozkazów. Z pozycji dowodzenia misja przypominała trochę grę RTS - miało to swoje wady i zalety. Przede wszystkim dawało szansę na pełne skupienie nad sytuacją taktyczną swojego oddziału, bez potrzeby martwienia się o własny tyłek, ponieważ był on z zasady nieśmiertelny. Jeśli chodzi o wady, to chodzenie bez broni wśród śmigających wszędzie kulek było z początku mocno deprymujące. Niby wszyscy wiedzą, że to tylko zabawa i realnie nic się nikomu nie dzieje, jednak lata treningów, symulacji i strzelanek wyrabiają w człowieku odruchy i nawyki, które są silniejsze od niego...
Co do wykonania samej misji... Jako swoje pierwsze wprawki w byciu dowódcą oceniam na prawie doskonałą klapę. Niestety dynamika zmieniającego się pola walki w rozgrywkach na zasadach SM-S z respami co kilka minut jest dla mnie, jako zielonego dowódcy zbyt duża, przez co nie jestem w stanie wystarczająco szybko podejmować decyzji, a co za tym idzie, zmniejszam efektywność ekipy. Problem stanowiło też zarządzanie własnym teamem, w którym chłopaki, choć ich uwielbiam i darzę sympatią, nie są jeszcze zgrani, rozłażą się z dwójek, nie słyszą rozkazów, gubią się w lesie i dokonują dziwnych wyborów bez meldowania swojej sytuacji. Efekt jest dość makabryczny - nieogarnięta ekipa zarządzana przez jeszcze bardziej nieogarniętego dowódcę. Na swoją obronę mam tylko tyle, że była to moja pierwsza w życiu misja, gdzie musiałam podjąć trud dowodzenia.
Po tym doświadczeniu jeszcze bardziej doceniam wartość dobrego leadera, nawet jeśli czasem podejmuje złe decyzje. Presja jest na prawdę duża.
BLOK SZKOLENIOWY
Szkolenie dowódców zaczęło się od ... kartkówki - wejściówki z przesłanego wcześniej skryptu dla dowódców. (Jako kujon doskonały nie miałam problemów z napisaniem krótkiego sprawdzianu, więc płynnie przejdę dalej...)
![]() |
| autor: Camp SNAFU |
Treści szkolenia skupiały się głównie na planowaniu i przygotowaniu drużyny do wykonania zadania, a także na szerszym spojrzeniu na działania taktyczne z pozycji dowodzenia plutonem. Wyjście ze szkoleniem o poziom wyżej, czyli rozpatrywanie sytuacji taktycznych z punktu widzenia plutonu, a nie jednej drużyny daje szansę na lepsze zrozumienie i komunikację między dowódcą teamu a HQ strony, czego w realiach strzelankowo - milsimowych bardzo brakuje.
Dla mnie, jako totalnie początkującego dowódcy, zabrakło jednak elementów zarządzania drużyną w prostych sytuacjach taktycznych. Podstawowych informacji jak mam wydawać rozkazy podczas akcji, aby ekipa mnie zrozumiała, w którym momencie wykonać jaki manewr, żeby wykonać zadanie, jak rozlokować ludzi aby mieć jak najmniej strat.
Nauczyłam się natomiast wiele z zakresu planowania akcji, tworzenia rozkazów, zapisywania i przekazywania informacji. Ta wiedza przydała się nam potem na akcji nocnej, ale o tym już w następnym odcinku...
Subskrybuj:
Posty (Atom)








