4. Kompania ma zaszczyt poinformować, że Combat Poker oficjalnie zakończył proces rekrutacyjny kolejnego operatora. Ruda sprawdziła się jako tylna straż naszej formacji, przetrwała nocne bytowanie w mało sprzyjających warunkach i pokazała, że odpowiednia kobieta na odpowiednim miejscu może czasem więcej niż niejeden facet!
Na marginesie dodamy, że Ruda należy do tajemniczej sekcji TrollPatrol, która efektywnie niszczy wszelkie napięcia w naszej drużynie, podnosi morale i sprawia, że na naszych treningach bywa tak... absurdalnie.
Z radością informujemy, że milsim Rok Kozy zakończył okres rekrutacyjny Żółwia (znanego także jako Blondi). Od teraz jest już pełnoprawnym członkiem 4. Kompanii.
W związku ze zbliżającą się symulacją Raising Storm, gdzie 4 Kompania wybiera się w silnym składzie, postanowiliśmy sprawdzić teren, na którym przyjdzie nam operować w listopadzie.
Pojechaliśmy zatem pod Otwock i zrobiliśmy "prawdziwy trening milsimowy" - 5 godzin łażenia po lesie i leżenia w krzakach z incydentalnym 5 minutowym ćwiczeniem na ostro :)
Podczas długiego zwiadu Otwockich lasów mieliśmy okazję poznać przemiłą panią Grzybiarkę, która nie zrażona naszym dziwnym wyglądem chwaliła się swoimi zbiorami. Niestety piękna pogoda i bliskość miasta zawsze powoduje duży natłok cywili... Miejmy nadzieję, że w listopadzie będzie zimno i mokro :)
Udało nam się również wejść do bunkrów na Dąbrowieckiej Górze - wszystkim fascynatom militariów polecamy miejsce. Rozmowa z panem opiekującym się tym mini muzeum dała nam porządny wywiad dotyczący możliwości obrony umocnień. Jeśli zostaniemy przydzieleni do obrony bunkrów, będzie bardzo ciekawie...
Przed nami jeszcze jeden trening, stricte zgrywający, mający na celu przygotowanie naszej ekipy do tej dużej symulacji. Dużo przed nami pracy, jednak coraz wyraźniej widać w którą stronę idzie rozwój 4 Kompani.
PS. Jako fotograf znów nie mam zdjęć z treningu, także wrzucam selfie z trochę innej perspektywy.
Pierwsze
campy za płoty, czyli Camp SNAFU Alpha za nami! Czas na szybki AAR.
4.
Kompania:
Kiedryn
– CO
Feneq
– medyk
Kastor
– RTO
Sowinek
– strzelec
“Wolne
Elektrony”:
Trubal
– LMG
Kali
– nawigator
Prot
– strzelec
Sobotor
– strzelec
Silvan – strzelec
Wybraliśmy
się w czteroosobowym składzie - Kiedryn, Fenq, Sowinek i Kastor. Na
miejsce dotarliśmy o czasie, z wystarczającym wyprzedzeniem by się
wstępnie oszpejować i o 9:00 stanąć na apelu. Okazało się,
niestety, że dotarło mniej osób niż ekipa się spodziewała, było
nas pod 30 sztuk.
Ekipy
Silent
Hunters
oraz Devil
Dogs
zostały połączone w drużynę DELTA, Dziki
Oddział
samodzielnie stanowił drużynę FOXTROT, zaś nasza Kompania, wraz z
tzw. Wolnymi Elektronami, desygnowana została jako drużyna ECHO.
Po
stronie instruktorów i supportu stali ludzie z Royal Logistic Corps
odpowiadający za komunikację radiową (imponująco wyglądał sztab
z wielkimi antenami, cieszyły proste 6m radiostacje wręczone
drużynom), ekipy Bear
Soldiers,
Red
Towers
oraz Śnieżne
Pantery.
Jako szkoleniowy, bardzo powściągliwy i cierpliwy OPFOR wystąpiła
ekipa 10th
Mountain Division.
Miejscówka
była świetna - ogrodzony teren przylegający do gospodarstwa
agroturystycznego, niewielkie pole namiotowe, miejsce na ognisko,
domki fińskie które pewnie można wynająć w sezonie zimowym, a
przede wszystkim ciepła woda i czyste toalety - z prysznicami!
Szkoda, że nie wiedzieliśmy o tych luksusach zawczasu, ponoć
jednak nie było pewnym iż będą wszystkie dostępne. Fajnym
dodatkiem były również szybko przez nas pozajmowane altany. Na
każdy team przypadła jedna, przyczyniając się znacznie do
większej dozy interakcji i zacieśnienia więzów w drużynach.
Po
apelu dzień rozpoczęliśmy od dość podstawowych, ale ciekawych
dla początkujących i w pełni zgodnych z założeniami 'obozu dla
zielonych' szkoleń, między innymi wstępu do nawigacji, czytania map oraz podstaw komunikacji radiowej, z ćwiczeniami
wykonywanymi na 6m radiostacjach RF-10. Potem zaprezentowano nam
prostą oprawę fabularną - oddział OPFOR panoszący się na naszym
terenie, który jako jednostka regularna mieliśmy za zadanie
rozpoznać i w miarę możliwości pojmać celem identyfikacji.
Chwilę później zarządzono wymarsz na pierwszy patrol.
FRIENDLY FIRE FEST Tuż za bramą mieliśmy
pierwszy "kontakt" - nikt niestety nie uprzedził nas, że
za jednostkami opuszczającymi bazę szlajali się będą nie tylko
organizatorzy w kamizelkach, ale także Grey z kolegą kręcący o
nas film. Ze zrozumiałych powodów, by nie zdradzać naszej pozycji,
nie mieli na sobie kamizelek, mieli za to okulary ochronne. W
połączeniu z kamerą ich odmienne umundurowanie sprawiało wrażenie
uzbrojonego wroga, toteż w obliczu braku odzewu na hasło poleciały
w stronę "szturmujących nas ze wzgórza wrogów"
kulki. Koledzy ponoć nas nie słyszeli i widzieli też słabo,
wyjaśniliśmy sobie temat i wszystko było w porządku
:D
Zrobiliśmy niewielką rundkę po lesie, zabezpieczając
skrzyżowanie dróg, po czym zostaliśmy ściągnięci do bazy. W
międzyczasie zaliczyliśmy kontakt ogniowy z wrogiem, kazano nam się
jednak z niego wycofać na objective, po czym później kazano nam
szturmować tamtą pozycję, jako że niby był to wróg. Tymczasem
wróciła stamtąd DELTA, bez kontaktu z wrogiem. Obyło się jednak
bez ofiar po żadnej ze stron i zawinęliśmy się do bazy.
Razem
z ćwiczeniami i szkoleniami zrobiło się z tego popołudnie. W
obozie przywitała nas kolejna wielce pozytywna niespodzianka -
ciepła, pyszna grochówka na suto dorzuconej kiełbasie. Na co komu
powerbar, gdy dają takie pyszności.
ŁZY
SŁOŃCA
Po
szamie znów wywalono nas za ogrodzenie, celem urządzenia obławy na
wcześniej wypatrzony OPFOR. Szlajaliśmy się w tym samym kierunku
co uprzednio, ale za to znacznie głębiej. Kontaktów było
niewiele, wkradły się drobne nieporozumienia między drużynami.
Sporadyczne kontakty i odskoki OPFORu nękały DELTĘ oraz FOXTROT,
podczas gdy ECHO udało się trzymać rdzeń formacji i być poza
kontaktem. Pojawiły się też duże problemy z komunikacją ze
sztabem, moje radio okazało się później być po prostu wadliwe.
Nie pomogła wymiana baterii, ani też rozwieszenie dużej anteny -
mocny nadajnik KASJERa czynił go idealnie słyszalnym, moje słowa
jednak do sztabu nie docierały. RTO sztabu był tego dnia jakiś
nadgorliwiec i straszliwie mnie nękał o radio-check mimo że
ewidentnie nie byliśmy w stanie się dogadać.
Chwilę
po zmierzchu ruszyliśmy z powrotem, okazjonalnie jeszcze nękani
przez OPFOR. Mieliśmy niewielkie problemy z dyscypliną świetlną,
szybko jednak zostały okiełznane. Z niewielkimi stratami dotarliśmy
do bazy. Wróg jednak nie mógł czuć się pewnie na naszym terenie,
zaszczuty przez nas czmychnął.
O
JEDNO POLE ZA DALEKO
Dostaliśmy
dwie godziny przerwy i padło pytanie - kto pisze się na misję
nocną? Bardzo fajne postawienie sprawy - brak przymusu, wyraźnie
powiedziane że kto nie czuje się pewnie, boi się że się zgubi,
nie ma już siły, może zostać w bazie i nikt mu złego słowa nie
powie. Chcieli jednak iść wszyscy! Nawet ci spośród nowicjuszy,
którzy ewidentnie bali się, że mogą się zgubić w lesie i nie
podołać.
Na szczęście scenariusz był prosty, a
jednocześnie wyjątkowo klimatyczny. Nocny zrzut poprzedzony szybkim
rozpoznaniem przez Pathfinderów, podstawowy cel odnalezienie i
"zniszczenie" przynajmniej dwóch myśliwskich
ambon.
Drużyny w przemieszanych po trzy osoby "stickach"
zostały "zrzucone" z "helikoptera" na dużym,
przeciętym drogą polu pomiędzy zawierającym bazę lasem, a
pobliską wsią. Helikopter stanowił van z suwanymi bocznymi
drzwiami, zatrzymujący się co 50-100m i wyrzucający kolejnego
"spadochroniarza". Po jednym ochotniku z każdej drużyny
uprzednio wyznaczono na "Pathfindera". Pathfinderów
zrzucono z wyprzedzeniem około 20 minut przed głównym zrzutem.
Wyposażeni w sygnalizację świetlną dotarli na punkty zborne swych
drużyn i stosownie je oznaczyli. Po zrzucie drużyny zebrały się
sprawnie w swoich punktach i dążyły do połączenia sił. Tu
mieliśmy nieco problemów z komunikacją między drużynami,
chcieliśmy zrobić bezpiecznie, zwłaszcza że widoczność wynosiła
5-10 metrów w niemal totalnej ciemności (całkowicie zachmurzone
niebo, brak gwiazd i księżyca). Udało się nam jednak w końcu
połączyć i tyralierą, na latarkach, ruszyliśmy przez pola w
noc.
Namierzywszy w końcu dwie blisko siebie ustawione ambony
dostaliśmy się pod ciężki ostrzał. W ciemności nastąpiło
zamieszanie, później okazało się, że dysponujący noktowizję
OPFOR mógł dosłownie chodzić pomiędzy naszymi formacjami - tak
koszmarnie ciemno było. DELTA i FOXTROT dostały ostrzał z szóstej,
nie tylko z frontu, pomieszały szyki i weszły sobie w pola
ostrzału, co skończyło się ciężkimi stratami. ECHO w tym czasie
broniło ambon i sporadycznie ostrzeliwało linię lasu gdzie również
siedzieli wrogowie. Dowódca ECHO pozbierał resztki pozostałych
dwóch drużyn i udało się nam wysadzić obie ambony. W tym
momencie z pobliskiego zagajnika wpadł w nasze szeregi OPFOR i
zmasakrował sporą część nas. Zostałem ranny i opatrzony przez
medyka, udało się nam zabić jednego OPFORa i jednego ranić -
pojmaliśmy drania! Niestety, jeden z nas się złamał i oznajmił
"mam dość, wychodzę", odpalił światło i opuścił
grę.
Decyzją
dowódcy całość ruszyła szybkim marszem na drogę. Musieliśmy
wykonać możliwie szybką ewakuację jeńca!
Na
ostatnich 150m przed lasem oczywiście wpadliśmy w zasadzkę -
szliśmy, jak się później okazało, prosto na samochody OPFORu!
Żeby było śmieszniej, OPFOR który chodził między nam przez całą
noc, podsłuchał wszystkie hasła i odzewy, znał imiona naszych
pupili i dziewczyn... nie wiedział że pojmaliśmy jednego z nich!
Skosili seriami większość naszego oddziału, padł człowiek
prowadzący jeńca, przeżyłem ja i dowódca. Odpowiadaliśmy
sporadycznym ogniem, starając się nie przemieszczać by nie być
oczywistymi celami. W międzyczasie DELTA zabrała jeńca i uciekła
z nim dalej. Udawaliśmy trupy, obserwując przedpole i licząc na
OPFOR podchodzący by nas sprawdzić. Dowódca dostał serię i ranny nie zdradzał się z tym faktem, podniósł tylko rękę i nie wołał medyka.
Zostałem w miejscu, kątem oka widząc sylwetki OPFOR
przechadzające się nieopodal. Oddaliły się, a po 10 minutach
"trupy" dookoła zapaliły lampki i uznały że dość
leżenia, czas do bazy. Wstałem z nimi i wywołałem zdumienie jako
jedyny żywy - ruszyłem więc do przodu, między "karetkami"
DELTY i naszą. Po 50 metrach poszła w moim kierunku seria z trzech
replik, rzuciłem się więc sprintem przed siebie, byle w ciemność,
byle w las. Za mną, po prawej stronie, szperacze ruszyły lasem w
pogoń. Wpadłem do lasu, przebiegłem jeszcze 50 metrów i
przykucnąłem na skraju drogi. Zdyszany, wiedziałem że nie mam
szans uciec. Wczołgałem się więc metr wgłąb lasu, z twarzą tuż
przy bruździe, zamaskowałem się i czekałem. Minęło kilka minut.
Przeszła jedna i druga "karetka". Kilka minut później
przeszły kroki czterech osób bez świateł - sądzę że był to
OPFOR, zaparowane gogle i ciemność nie dawały mi szans na
zasadzkę, odpuściłem więc i przeczekałem w ciemności 10-15
minut, po czym ruszyłem do bazy. Dotarłem do niej jako ostatni i na
tym skończył się dzień pierwszy.
Okazało
się, że przeżyłem jako jedyny z ECHO. FOXTROT zginął cały, a z
DELTA ocalały cztery osoby które przyprowadziły jeńca. Mimo
tak poważnych strat, misja okazała się sukcesem - ambony były
zniszczone, a jeniec pojmany zgodnie z rozkazami!
Na sam
koniec nocy zafundowano nam jeszcze dreszczyk - informację o
"trzeciej stronie konfliktu", rozkaz pozostania w okularach
i pod bronią. Szybko jednak go odwołano. Zjedliśmy i zostały nam
ze cztery godziny snu. Cały obóz gotów był o 8:00 mimo że nie
było rozkazu, wystarczyło samo hasło że "do 8ej OPFOR nie
wykonuje zadań" - chcieliśmy być na drani gotowi! :D
MIĘDZY
MŁOTEM A KOWADŁEM
Wymieniłem
radio na nowe (tego dnia spisujące się już bez zarzutu) i ok. 9:00
rano wyruszyliśmy na ostatnią misję, ostateczną obławę na
OPFOR, obóz którego zlokalizowano na północ od naszych koszarów.
Wymaszerowaliśmy dowodzeni przez Kiedryna jako cały pluton.
Dysponując szeregiem kodów sygnałowych (“po kolorach”)
poszczególne sekcje były w stanie raportować swój status nie
zdradzają swego położenia na radiu – jeśli wróg podsłuchiwał
PMRki, z pewnością utrudniło mu to życie. Gdy DELTA oraz ECHO
spotkały się na wzgórzach, FOXTROT - niczym lis w kurniku –
buszował już pod, a chwilę później w bazie przeciwnika. Ta
jednak po przeszukaniu okazała się opustoszała, wróg czekał na
nas na przedpolu. Weszliśmy z nim niebawem w zrywany kilkukrotnie
kontakt, podgoniliśmy spychając przeciwnika w kierunku
dołączających do nas z północy Foxtrotów. Wróg straciwszy
kilku żołnierzy uciekł w gęstwinę oddzielającą nas od jego
obozu, poniechaliśmy więc pościgu w terenie zbyt dla nas
niebezpiecznym. Zamiast tego dokończyliśmy patrol w kierunku
wschodnich, szerokim łukiem obchodząc od tyłu niedawne pozycje
wroga i starając się sprowokować jego ponowny atak, jako że
dysponowaliśmy przewagą ogniową. Nie udało się to jednak,
powróciliśmy więc do koszar.
Tam odbyły się dodatkowe
szkolenia, a także gra lasertaga. W międzyczasie ECHO wyprowadziło
jeszcze swoje Wolne Elektrony na szybki trening piechociarskich
podstaw, który ewidentnie sprawił nowicjuszom sporo frajdy. Po
kilku rundkach lasertaga przyszło coś zjeść, spakować się i
ruszać w drogę.
PODSUMOWANIE Camp
SNAFU Alpha uważam za niesamowicie pożyteczny wyjazd. Pozwolił
przetrenować w praktyce, we współpracy z innymi drużynami, na
poziomie plutonu, wszystko co trenowaliśmy do tej pory. Dał mi
osobiście szansę sprawdzenia się w roli radiooperatora – co
okazało się nie tylko dobrą zabawą, ale też moją nową funkcją
w 4. Kompanii. Pozyskaliśmy kilku nowych członków, zarówno
potencjalnie stałych, jak i nowych Nomadów; wyjaśniły się
również ostatecznie pewne kwestie kadrowe – w następnych dniach
również ten temat rozwiązaliśmy z życzliwością, powodzeniem i
korzyścią, mam wrażenie, dla obu stron.
Z
naszej strony olbrzymie podziękowania dla wszystkich ekip związanych
z organizacją oraz uczestnictwem w Camp SNAFU Alpha – było to
cenne i podnoszące nasze morale doświadczenie, świetna zabawa i
ciekawe przeżycie. Mamy nadzieję, że spekulacje o Camp SNAFU Beta
„za 3-4 miesiące” zmienią się w faktyczny termin kolejnej
imprezy – stawimy się na nią z pewnością i polecimy obecność
wszystkim znajomym.
Czwarta Kompania wybiera się w celach treningowych na Camp Snafu czyli dwudniowy wyjazd milsimowo - szkoleniowy. Będzie to pierwszy dłuższy wyjazd naszej ekipy, mamy jednak nadzieję, że wszyscy wrócimy w jednym kawałku.
Treningi coraz częściej, ekipa coraz liczniejsza...
Ostatnie treningi mocno skupione na zielonej taktyce, działaniach drużyny lekkiej piechoty i sytuacjach awaryjnych.
Ewakuacja rannego
Ćwiczyliśmy trochę zasadzek, patroli i obrony bazy przejściowej - wszystko na okoliczność nadchodzącej pod koniec wakacji symulacji NAM Junction City.
Namiot mocno ubezpieczony
W planach jeszcze trening 12 h i sprawdzenie naszych umiejętności przeżycia w terenie.