poniedziałek, 12 czerwca 2017

Camp SNAFU Echo recenzja subiektywna

W czerwcu pojechaliśmy na piątą imprezę z serii SNAFU, tym razem była to Operacja, czyli coś na kształt milsima, bez bloków szkoleniowych.
Na wstępie kilka słów o założeniach scenariuszowych i organizacyjnych, które przyświecały tej imprezie:
Na arenie zmagań zostały wydzielone dwie strony konfliktu, poetycko nazwane Hełmami i Kapeluszami, w zależności od preferowanego nakrycia głowy. Po każdej ze stron zostało uformowanych kilka plutonów, którymi dowodzili bardziej doświadczeni gracze zaakceptowani dużo wcześniej przez orgów. Drużyny zapisywały się do poszczególnych plutonów zgodnie z własnymi preferencjami, sympatiami i antypatiami i możliwościami sprzętowymi. Dowódcą każdej ze stron był org – w przypadku Kapeluszy był to Ender, natomiast Hełmami dowodził Grey.
Scenariusz zakładał działania nieprzerwane od soboty, 10.00 do niedzieli 14.00 z zastrzeżeniem, że w każdej chwili tak pluton jak i pojedyncza ekipa może zejść do bazy  offgame w celu uzupełnienia sprzętu, zasobów czy sił witalnych. Dla prawdziwych hardcore’ów przewidziane było nocowanie w terenie i akcje przez 28h imprezy non stop.
Z naszej strony na dowódcę  plutonu zgłosił się Kali, wychodząc naprzeciw problemom Organizatorów SNAFU z za małą ilością chętnych na stanowiska. Niestety bliskość terminowa innych dużych imprez ASG oraz przypadki losowe wykosiły trochę naturalnych kandydatów i trzeba było kombinować.
Do naszego plutonu zapisały się cztery bardzo fajne i ogarnięte teamy, z niektórymi znaliśmy się z poprzednich SNAFU, z innymi mieliśmy mało szans na wspólne działanie, ale szybko udało się stworzyć całkiem sprawnie zorganizowaną ekipę. 4.Kompania miała okazję współpracować z ASG Olsztyn, SCD, SG3 oraz DZS Dzik. Nasza drużyna stanowiła HQ plutonu w składzie: Kali – dowódca, Kiero – zastępca oraz RTO, Fenek – medyk, Prott i Sobotor – wsparcie ogniowe.

Jeśli chodzi o stronę organizacyjną SNAFU Echo:
W poprzedniej edycji (SNAFU Delta) byłam jednym z organizatorów, mam więc pełną świadomość jak ciężko jest spiąć tak dużą imprezę. Zawsze na przysłowiowe 5 minut przed rozpoczęciem pojawia się tysiąc fuck upów i pierdyliard spraw które trzeba jakoś ogarnąć a się ich nie przewidziało w trakcie planowania, pomimo tego że wiele tęgich głów siedzi nad tym wiele godzin. Na koniec zawsze zesra się jakaś koza, zepsuje czyjś samochód, zgubi jedyny klucz do kłódki, która zamyka piwnicę z najważniejszym sprzętem na sima. Tak po prostu jest i należy mieć wielką dozę wyrozumiałości dla ludzi, którym chce się to wszystko ogarniać za friko, jako wolontariat, gdzie na koniec  liczyć mogą z pewnością na gównoburzę, z rzadka natomiast ktoś im podziękuje.
Snafu od dwóch edycji jest organizowane w ośrodku kolonijnym w Łazach koło Łochowa. To naprawdę dobra lokalizacja, oferująca znośne zaplecze sanitarne (uznajmy że asgeje są przyzwyczajeni do srania po krzakach, więc standard kibelka ze światłem, papierem toaletowym, zimną wodą i pająkiem w gratisie im w zupełności wystarcza). Dodatkowo teren wokół jest bardzo ciekawy i zróżnicowany co daje szansę na bardzo fajne rozgrywki.
Spać można było na polu namiotowym lub w domkach, był dostęp do kilku prysznicy z ciepłą wodą, kierownik ośrodka uruchomił dla nas grilla i ciepłą zupę za drobną opłatą, więc było bardzo komfortowo. Nawet był do dyspozycji basen, co już podnosi  ocenę imprezy o punkt do góry J
W ramach wyjścia Orgom naprzeciw ekipa 4.Kompanii wspomogła w piątek rejestrację uczestników oraz punkt chrono, mamy więc nadzieję że choć w ten symboliczny sposób odciążyliśmy trochę ekipę SNAFU.

Co do samej operacji:
Zaczęliśmy od porannego apelu. Na apel większość ludzi się spóźniła, więc radośnie pompowaliśmy do rytmu nadawanego nam przez orgów.

Następnie poszły w ruch szkolenia z zasad, szkolenia z PPanc oraz szkolenie inżynieryjne z budowania mostów.  Jak już odbyliśmy wszystkie szkolenia a dowódcy odbębnili odprawy, ustaliliśmy kanały łączności i poznaliśmy się ze wszystkimi w plutonie – udaliśmy się na parking, skąd transport miał nas wywieźć w teren gry. 

Pierwsze zadanie – wielki szturm przez plażę Omaha na okopane na pagórku oddziały przeciwnika.
Nie będę rozpisywać się w temacie sytuacji taktycznej i naszych działań minuta po minucie, bo to nie AAR. Krótko mówiąc było cholernie gorąco,  w jedynym dostępnym cieniu królowały komary wielkości kolibrów a przeciwnicy mieli bardzo dobrze wybrane pozycje i strzelali do nas jak do kaczek.

Wielki frontalny atak na Urrra był trochę utrudniony przez bajoro usytuowane centralnie naprzeciwko flagi, tak więc musieliśmy doczłapać się na dogodną pozycję pod lufami obrotowego KMa. Jak już się w miarę udało, to dobre flankowanie przeciwnika wycięło nas w pień, choć i my dotkliwie pokąsaliśmy wrogie siły. W epickiej bitwie na przyczółkach Foba nieprzyjaciela Sobotorowi wybuchł w ręku granat, na szczęście nic poważnego się nie stało.


Kiedy już dokonaliśmy zmartwychwstania na respie i ruszyliśmy wielką bandą na Foba w celu ostatecznej anihilacji przeciwnika okazało się… że bez słowa sobie po prostu poszli. Bo uznali, że utrzymali teren przez zamierzony przez siebie czas i już misję zakończyli. Powiem szczerze, że morale poszło się wtedy paść i poczuliśmy się dość podle. Niby przejęliśmy punkt, ale niesmak pozostał. Gdyby chociaż z góry było zapowiedziane jakie mamy okienko czasowe na przejęcie flagi... albo gdyby były jasno określone zasady wygrania scenariusza... A tak to trochę bez sensu. My zdobyliśmy punkt, Hełmy wygrały scenariusz, nikt nic nie rozumie.

Następnie płynnie przeszliśmy do drugiej fazy rozgrywki, która polegała na wybudowaniu we wskazanym miejscu Foba przy pomocy płyt OSB, które porzuciły za sobą Hełmy. No i marszem jakże ubezpieczonym, wyglądającym jak banda meneli po zwycięskim najeździe na śmietnik okolicznej budowy, ruszyliśmy przez las. Rozumiem wszystko, ale targanie płyt OSB było durne, szczególnie że w to miejsce spokojnie mógł dojechać samochód. Fun Factor, tak ważny dla orgów, był tu pogwałcony zbiorowo i bardzo boleśnie. I nie chodzi tu o to, że duma została urażona, bo uberpro komandosi nie mogą podnieść sklejki... To po prostu z punktu widzenia symulacji było makabrycznie idiotyczne.

Doszliśmy jednak na miejsce i stworzyliśmy coś na kształt Bazy patrolowej, na którą następnie przyjechał Jumper i przywiózł wodę (ej, ale płyt nam podrzucić nie mógł? czyżby orgom chodziło tylko o to, żeby kapelusze, już usmażone na łączce nad Liwcem, zmordowały się do reszty? No nie... to by było chamskie moderowanie gry...) Po konsultacji z resztą plutonów obstawiliśmy Foba i wysłaliśmy zwiady w celu wykrycia i zniszczenia instalacji Plot przeciwnika. Tu się na chwilę zatrzymam, bo doznałam zmieszania. Ender - nasz dowódca strony na pytania jak mamy podzielić zadania między plutonami i jakie są dalsze rozkazy odpowiadał coś w rodzaju "nie wiem, sami zdecydujcie" jakby nie był dowódcą, a orgiem asystującym. Chwilę później zaczął obchód po umocnieniach i instruował nas jak należy je stawiać i konsultować martwe strefy z kolegami z umocnień sąsiednich. W międzyczasie jego zastępca Borsuk wyskakiwał z mocnymi sugestiami co do wystawiania w konkretnych miejscach czujek. Natomiast w czasie ataku na FOB, Ender personalnie zaczął kierować ludźmi. Trochę więc pogubiłam się w roli, jaką odgrywał w tej symulacji, chyba zresztą nie tylko ja. W efekcie nie wiadomo było do końca symulacji czy Ender wydaje rozkazy, pilnuje realizacji założeń scenariusza, gra czy moderuje grę. W mojej subiektywnej ocenie to było kiepskie.

Generalnie zniszczyliśmy dwie Plotki, w między czasie Hałmy zrobiły nam wjazd na bazę i zadały porządne straty. Ja zginęłam radośnie, ale wiedząc, że o 18 nasza strona ma respa, oraz słysząc burczenie w brzuchu i zdając sobie sprawę z marnej sytuacji z amunicją, postanowiłam wrócić do bazy offgame, załadować potrzebne fanty do plecaka i zabrać się po zrespieniu transportem powrotnym w rejon gry. Trochę się zdziwiłam otrzymując telefon, że koło 17.30 cała strona kapeluszy zawija na offgame. 

Jak się potem okazało, zostało ustalone zawieszenie broni, bo Kapeluszy było w terenie za mało i gra została zawieszona do 22.00 - do akcji nocnej dla chętnych.

Też było to trochę słabe, bo akcja miała trwać nieprzerwanie przez 28h, a my na prawdę mieliśmy chęć wrócić za chwilę w teren i zbudować te cholerne mosty, korzystając ze zmęczenia Hełmów i naszej większej liczebności. No ale tak zostało zadecydowane.

Do 22 zdążyliśmy się porządnie nażreć, przeszpejować i przygotować do akcji nocnej. Nie wiem jakie były rozkazy na odprawie, bo jestem tylko szarym robaczkiem zajmującym się bandażowaniem, nie wypowiem się więc w temacie stopnia zrealizowania zadań. To co dotarło do mnie to zadanie polegające na przejmowaniu flag przeciwnika, niszczeniu pojazdów i konwojów pieszych na jakiejś trasie. Zgodnie z rutyną poprzedniej akcji (oraz poprzedniej Operacji Charlie), udaliśmy się na parking. Tam org zapakował nas na dwie tury w auta i wywiózł w teren działań.

Akcja nocna rozpoczęła się od uformowania wielkiej kompanii złożonej z trzech plutonów na asfaltowej drodze publicznej. Musieliśmy się nieźle nagimnastykować, żeby nie rozjechał nas żaden cywilny samochód... Potem ruszyliśmy powoli na wyznaczone punkty.
Tam czoło peletonu natrafiło na kontakty i rozwinęła się całkiem duża wymiana kompozytu. Podobno była jakaś terminatorka, na pewno był friendly fire i gigantyczny rozpierdol po naszej stronie. W międzyczasie dostaliśmy ogień od dupy strony, powstał mega chaos, z którego po dłuższej chwili i po wielu wrzaskach udało się wyjść. Flaga na punkcie została zdobyta, jednak nie dało się jej zmienić zgodnie z instrukcją od Orga, bo była na stałe do masztu przywiązana. Poradziliśmy sobie demontując cały maszt...

Po pozbieraniu ocaleńców ruszyliśmy dalej zgodnie z wyznaczonymi punktami... na następnym nie znaleźliśmy masztu, na kolejnym natknęliśmy się na całkiem zgrabnie zastawioną pułapkę ale dzięki przewadze technologicznej udało nam się ją wyeliminować i przechwycić flagę. Żadnego auta po drodze nie spotkaliśmy, w oddali też nic nie słyszeliśmy. Jako że godzina była już późna (po 1 w nocy), a my mieliśmy w planach działanie od 7 rano dnia następnego - ruszyliśmy z buta marszem ubezpieczonym na bazę. 
I tak skończyła się nasza nocna akcja.

Rankiem dnia następnego udało nam się nie spóźnić na apel :) na którym dowiedzieliśmy się, że zjebaliśmy nocną akcję doszczętnie, bo wszystko nie tak, źle zrozumieliśmy scenariusz i niezgodnie z zasadami użyliśmy pojazdów. No cóż... może było by mniej nieporozumień, gdyby jasno opisane rozkazy były wydawane na papierze, a nie wydawane na gębę przez orgów, którzy potem poszli spać i byli, siłą rzeczy niedostępni. Może również było by mniej kwasów, gdyby komunikacja między orgami była lepsza. Ale ja mogę tylko gdybać, bo, jak już wcześniej pisałam, jestem tylko szarym medykiem nie uczestniczącym w odprawach. 

Ze standardowym opóźnieniem wynikającym z przyczyn niezależnych od organizatorów, wyruszyliśmy na następną akcję uzbrojeni dodatkowo we wkrętarki... Operation IKEA - bądź bohaterem poligonu - Budujemy Mosty dla Pana Starosty. 

Zaczęło się bardzo fajnie - ustawiliśmy respa, wysłaliśmy patrole i jako HQ ubezpieczaliśmy dowódcę strony do czasu przybycia reszty sił sprzymierzonych (pluton specjalny był już w terenie, natomiast pluton pierwszy odsypiał nockę i wchodził w teren później). Dosłownie chwilę po wyjściu z bazy sekcja Bravo wlazła na zasadzkę wroga, na szczęście udało się ją wyeliminować z jedną stratą. Zadaniem naszego plutonu były akcje dywersyjne odwracające uwagę Hełmów od faktycznej lokalizacji budowy przepraw. Tu muszę powiedzieć, że zazdrościłam chłopakom biegającym w terenie i ostrzeliwującym się z Hełmami przez rzekę. Relacje które do nas dobiegały brzmiały epicko... między innymi ostrzał Irka, który właśnie lał radośnie nad rzeką i z "co nieco na wierzchu" uciekał spod ostrzału... Musiało być na prawdę ciekawie.

W pewne zdziwienie wprawiła nas obecność pojazdów przeciwnika na naszym terenie, bo na odprawie (na której przypadkiem byłam) było jasno powiedziane, że do momentu zbudowania przepraw nikt ongame nie może się przeprawiać przez rzeczkę. Fakt, nie było zaznaczone, że Hełmy nie mogą startować po naszej stronie, ale wydawało nam się, że taka ich przewaga będzie już mega przegięciem i twórcy scenariusza na to nie pozwolą... Ot, niespodziewanka.
W każdym razie Pluton Specjalny przy wsparciu Plutonu Pierwszego wybrał dobre miejsca na przeprawę i rozpoczął ich budowę. W tym czasie nasz pluton zasuwał po lesie i kosił Hełmy, dekoncentrował i wiązał ogniem zauważonych na drugim brzegu i robił wszystko, by opóźnić wykrycie faktycznego miejsca budowy. 
HQ plutonu drugiego też ruszył w teren... Próbując połączyć się z sekcją Bravo najpierw minęliśmy duży oddział kapeluszy, który pomimo naszych sygnałów nadawanych paszczą długo nie chciał nas zauważyć (do końca nikt się nie przyznał do bycia tą sekcją), później zaś zauważyliśmy kilkuosobowy oddział Hełmów zmierzający w stronę naszego Respa. Ich było około 5ciu, nas trójka... zgodnie z jakąś pokrętną logiką zaatakowaliśmy. Szybkie skoki, dobra kultura ognia, szybkie zmiany magazynków... i oni przed nami zwiewają! Ale jak to?!? Już myśleliśmy że jesteśmy tacy groźni i skuteczni, gdy z lasu wyłoniły się połączone sekcje Alfa, Charli oraz część plutonu pierwszego. No, ale moralne zwycięstwo i tak należy do nas.

Trochę łażenia po lesie, szybki powrót na respa w celu uzupełnienia amunicji, meldunek że alfa dostała ostro w dupę. Lecimy wraz z Bravo ze wsparciem, udaje się połączyć z Alfą. Od sztabu leci rozkaz wsparcia Specjalsów przy budowie, bo Hełmy coraz bardziej dobierają im się do dupy. Idąc na miejsce natrafiamy na Honkera przeciwnika, którego, pomimo zasadzki, nie udaje się zniszczyć. Bravo zostaje, HQ i resztki Alfy idą na przeprawy. Tam trwa już w najlepsze regularna mordownia w gęstych krzunach w akompaniamencie triumfalnego bzyczenia komarzyc zagłuszającego nawet szczekanie KMów... 

Płyty OSB przeznaczone do budowania przepraw zostają wykorzystane jako mobilne osłony, trup ściele się gęsto. W okolicy 13 zdecydowana większość plutonu jest już martwa, resp ma być o 14, my mamy już serdecznie dość tych płyt, komarów, upału, rozpierdolu organizacyjnego i atmosfery. Wraz z chłopakami z Dzikiego Oddziału i Plutonu pierwszego postanawiam wbić na drugi brzeg i postrzelać w co się da w akcie samobójczego ataku. Giniemy. Idziemy miejsce zbiórki i wracamy na bazę.

Podobno wygraliśmy scenariusz. Satysfakcji jakoś nie odczuwam.   

Tak zakończyła się Operacja Echo. W międzyczasie był apel końcowy, dostaliśmy naszywki, pogadał do nas miły pan prezes od sponsorów i rozjechaliśmy się do domów.

Co było zdecydowanie na plus? Ja osobiście uwielbiam atmosferę wyjazdów airsoftowych. Kocham te durne żarty, te głupie akcje w rzucanie szyszkami do zrzutu kolegi, próby wciągnięcia manekina sponsorów na maszt czy spożywanie napojów wyskokowych z towarzyszami orgowskiej niedoli z łusek po jakichś granatach. 
Dla mnie zdecydowanie na plus była możliwość spotkania się z ekipą SNAFU, z którą zbratałam się trochę po wspólnej Delcie. Zobaczenie się z chłopakami z zaprzyjaźnionych ekip, takich jak ASG Olsztyn, t.Ch, Pustakami, Dzikim Oddziałem czy nowo poznanymi SG3, SCD, Dzikami... to wynagradza dla mnie większość kwasów i niedociągnięć.
Dodatkowo - jestem medykiem, miałam zatem niepowtarzalną szansę poprzytulania się do wielu spoconych i emanujących testosteronem samców, którzy łaknęli mojej obecności nawołując mnie głośno i namiętnie :P

Co na minus? Na pewno brak oprawy fabularnej scenariuszy, przez co ciężko było się wczuć i dać z siebie 150% normy. Dodatkowo niedogadanie zasad i nie do końca zrozumiałe reguły wygrywania czy przegrywania poszczególnych scenariuszy, ale to bolączka SNAFU od samego początku istnienia.

Czy czekam na następną edycję? Nie wiem, zobaczę najpierw kto będzie ją organizował. Może pomogę w granicach swoich możliwości, a wtedy wezmę też część gównoburzy na własną klatę.

Na pewno jestem dumna z mojej ekipy, która pomimo wielu problemów i przeciwności losu dała radę. 

Fenek
4.Kompania
Medic

wtorek, 11 kwietnia 2017

Camp SNAFU Delta - oczami Weterana i Orga cz.1

Kompania jeździ na imprezy spod marki SNAFU od początku swojego i SNAFU istnienia. Tym razem przeszliśmy na nieco inny poziom uczestnictwa, stając się niejako ekipą wspierającą i organizującą.

Do grona Organizatorów Campu dołączyłam Ja, Fenek.  Zajęłam się tym, w czym jestem najlepsza, czyli szukaniem dziury w całym - debuggowaniem zasad SMS. Wraz z Kierem wspomagaliśmy też piątkową rejestrację uczestników na Campie, wypisując identyfikatory, wertując listy i uzupełniając stosy tabelek. Jednym słowem - sztabowa praca logistyczna w pełnej krasie.

Czwarta Kompania podczas SNAFU Delta pełniła różne role. W piątek chłopaki dzielnie wspomagali proces chronowania replik, w między czasie uczestniczyli w szkoleniu orgowskim z zasad, ponieważ po sobotnim apelu mieli swój debiut jako wykładowcy SMS.



W czasie sobotnich bloków szkoleniowych Czwórka robiła za OPFOR dla ćwiczących na zajęciach z natarcia prowadzonych przez SMM i Silent Hunters. Głównym założeniem ćwiczenia było zmotywowanie i przeszkolenie przyszłych dowódców w agresywnym i dynamicznym natarciu na umocnioną pozycję, zastosowanie odpowiedniej taktyki i rozłożenia sił w zależności od zarysowanej przez prowadzącego sytuacji taktycznej. Weterani, czyli w tym przypadku Czwórka i Silenci, mieli w założeniu wspierać swoimi zasobami ćwiczących, nie wyrywając się zanadto do przodu i nie forsując swoich rozwiązań. Priorytetem było dać uczestnikom szansę na popełnienie swoich własnych błędów i wyciągnięcie na ich podstawie odpowiednich wniosków. Choć na pozór brzmi to jak dość nudna robota, chłopaki świetnie się bawili i bardzo skorzystali na współpracy z SMM.





W kolejnej turze szkoleń Kompania została przydzielona jako wsparcie do bloku tematycznego z formacji, prowadzonego przez ekipę Lancet. Co do samego szkolenia, to z formacjami jest jak z du...ą - każdy ma swoją. W zależności od tego z jakiej literatury się czerpie inne jest nazewnictwo, inne ustawienia i inne sygnały niewerbalne. Udało się jednak wspomóc prowadzącego szkolenie robiąc za żywą tablicę multimedialną i pokazując na własnym przykładzie jak które ustawienie powinno wyglądać w rzeczywistości.



Po szkoleniach w terenie przyszedł czas na wykład o taktyce działań nocnych, prowadzony przez Tato z Black Waters. Na tą część programu sobotniego wszyscy chyba czekali najbardziej, licząc na prawdę objawioną i gotowy przepis na sukces podczas walki po zmroku. Jak można się domyślić, nie ma czegoś takiego jak taktyczny przepis na sukces, można tylko przekazać ogólne wytyczne, jak uprzykrzyć życie przeciwnikowi, rezultat jest natomiast zawsze wypadkową wielu czynników... A w nocy czynnik zwany fartem zyskuje bardzo na znaczeniu, co wykazaliśmy na SNAFU Charlie, wyłażąc cało spod nosa obwieszonych technologią sił przeciwnika. Uratowało nas własne szczęście, rozpoznawcze chrumkanie i fakt, że pomylili nas w pierwszej chwili z własnymi siłami.

Tato rozjaśnił natomiast techniczną stronę walki nocnej, prezentując w pigułce to co trzeba wiedzieć o wyposażeniu. Dla laików w temacie NVG i Termo była to łatwo przyswajalna wiedza, obalające niektóre powtarzane w środowisku mity i wskazująca kierunki, które warto zgłębić dokładniej.

Później przyszedł czas na nocny blok szkoleniowy w terenie, niestety jako Org miałam wtedy inne zajęcia i nie mogłam w nim uczestniczyć...

Późnym wieczorem udaliśmy się jeszcze na ostatnie zajęcia sobotnie - krótkie scenariusze z walki nocnej. Czwórka weszła w skład mini plutonu, razem z Dzikim Oddziałem i Silentami, pod wodzą Michała. Mieliśmy za zadanie bronić przed wielkimi siłami uczestników kilku punktów w okolicznym lesie. Wyszło jak wyszło, zgodnie z założeniami szkolenia dostaliśmy sromotny łomot ku uciesze rozradowanych szkolonych. Mieliśmy jednak małą radość - pod osłoną nocy i wykorzystując zamieszanie w szeregach adeptów Kiero podkradł się do dowodzącego plutonem Greya i zaserwował mu cichą śmierć... No cóż... My tylko staraliśmy się przećwiczyć zasady SMS ;)

A wszystkie foty ze SNAFU mojego autorstwa znajdziecie TUTAJ

środa, 29 marca 2017

Z punktu widzenia medyka... inne spojrzenie na ASG

Rozgrywki ASG mają swoją specyfikę. Ze względu na małe zasięgi oraz możliwość zwiania pocisku z toru lotu, kluczowa dla powodzenia ataku jest szybkość i dynamika.

Treningi nastawione są na zdecydowane parcie do przodu, szybkie wykonywanie manewrów i wykorzystanie elementu zaskoczenia i dynamiki oddziału by w jak najkrótszym czasie zdominować jak największy teren. Szturmowcy i napadziory biegają, strzelają, drą ryja i odwalają całą tą epicką i emocjonująca robotę, która ładnie potem prezentuje się na zdjęciach. Wywalają kilogramy kulek, przelatują przez ładownice kilka razy podczas akcji, turlają się po krzakach i wypatrują wrogów.

Na koniec schodzą z pola walki, martwi lub żywi, chwaląc się kto kogo jak oskrzydlił i ilu nieprzyjaciół odstrzelił.

A gdzieś tam z tyłu jest medyk...

Medyk z racji swojej funkcji nie może pchać się na pierwszą linię ognia, a do szalonego szturmu przyłącza się tylko w ostateczności. Jeśli medyk zginie, nikt już nie dostanie drugiej szansy, nie będzie opcji podniesienia rannych kolegów i wykonania zadania. Wtedy już tylko one shoot, one kill.

Medyk idzie więc z tyłu, czekając aż teren zostanie przynajmniej trochę wyczyszczony i zabezpieczony. Ma oczy dookoła głowy, bo wie jaka ciąży na nim odpowiedzialność, najczęściej robi też robotę czujki tylnej, bo akurat ciągnie w ogonie formacji i nie za bardzo może rzucić się w wir walki. Jego głównym zadaniem nie jest eliminować przeciwników, a podnosić własnych rannych, aby sprawnie wrócili na front oraz zabezpieczać tyły, w czasie kiedy większość ekipy związana jest ogniem na froncie.

Jak wygląda typowa misja, gdy ruszam na nią w funkcji sanitariusza? Przez większość czasu idę za oddziałem, często na samym końcu. Wypatruje maruderów, którzy mają ochotę zajść nas od tyłu lub flankować z daleka. Zwracam szczególną uwagę na cywili, którzy również lubią pojawiać się nagle za oddziałem. Przez cały czas jestem na radio, aby mieć przynajmniej teoretyczny ogląd na to, co się dzieje z moją ekipą z przodu, jakie są cele, kiedy przypuszczalnie nastąpi jakieś starcie.

Potem zaczyna się kocioł, chłopaki biegają, strzelają, flankują i odrywają. Chwilę później obrywają. Ja trzymam się trochę z tyłu, dając im ogień osłonowy, często tylko po to by wywrzeć na wrogu efekt psychologiczny, bo trzymam się na granicy zasięgu. Ktoś pada, ja czekam na zabezpieczenie miejsca i albo ewakuuję, albo opatruję na miejscu. Teraz jest moje 5 minut - im szybciej ściągnę z delikwenta opo, im szybciej zabandażuje i poskładam do kupy, tym szybciej on będzie mógł wstać i pomóc innym w natarciu. Mój sukces liczy się w sekundach poświęconych na łataniu i ilości zużytych bandaży.

Gdy już strzały i jęki rannych ucichną, a ekipa wymienia się potwierdzonymi trafieniami, w mojej głowie kołacze się jedna myśl:

Wywaliłam może półtora magazynka, nie trafiłam nikogo...  Podniosłam dziś dziesięciu.

poniedziałek, 27 marca 2017

Milsim Kontakt - film drogi...

28 stycznia wybraliśmy się na imprezę organizowaną przez Alpha Detachment na kultowej miejscówce Mokry Ług. W założeniu miał być to szybki, dynamiczny milsim obliczony na 6h, osadzony w realiach konfliktu afgańskiego. Mechanika zakładała użycie Red Systemu, skompletowaliśmy więc pełną apteczkę, przyswoiliśmy zasady, medyk wkuł na pamięć cały podręcznik i ruszyliśmy na miejsce.

Milsim przygotowany był całkiem sprawnie... Przed całą akcją ruszyła pełną parą organizacja naszej strony konfliktu, były ISOPREPy, były narady sztabu, łańcuchy dowodzenia, plany, mapy i kryptonimy. Do dyspozycji mieliśmy dwa auta, do obstawienia kilka punktów, generalnie wszystko zapowiadało się bardzo obiecująco. Przygotowani na niskie temperatury, wsparci przez Siwego i Volfa, ruszyliśmy na podbój Afganistanu jako dzielne oddziały ISAF.



Co wyszło i czemu:

Niestety część ekip nie dojechała na miejsce, bo zimno, niedziela, jednak mi się nie chce i nie jestem aż takim uber pro twardzielem (niepotrzebne skreślić). W związku z mniejszą siłą strony, dowódca podjął paskudą decyzję zaprzestania wykonania planu i pójścia "kupą" na poszczególne punkty, żeby na pewno je zdobyć. W efekcie przez następne 4h łaziliśmy po lesie w kilkudziesięcio osobowej kolumnie ubezpieczonej, marznąc i sarkając, a milsim został określony zimowym kinem drogi w realiach ASG.
Swoją drogą musieliśmy być nie lada atrakcją dla wszystkich weekendowych biegaczy i rowerzystów.



W końcu doszliśmy na miejsce ostatecznej akcji... zaatakowaliśmy kupą (jako że tą taktykę konsekwentnie stosował nasz dowódca strony). Efekt zaskoczenia poszedł się paść, bo długo czekaliśmy aż koniec długiej kolumny dotrze do początku i ustali na jakie hasło atakować. Walnęliśmy ze wszystkich rur, partyzanci zaszli nas z tyłu, wyjmując połowę sił. Ja zgarnęłam granat na plecy, co akurat było ciekawszym momentem całej rozgrywki i dobrze go wspominam.



Jakie wnioski nachodzą po całej imprezie? Można zorganizować super imprezę, ale na prawdę dużo zależy od tego, komu powierzysz dowodzenie stroną na milsimie. Chodzenie kupą się nie sprawdza. Większość ekip nie ogarnia komunikacji radiowej i wchodzi z "ej, stachu, widziałeś to z lewej?" na kanał łączności plutonu...


No i środowisko mazowieckie nie dorosło jeszcze do zimowych akcji.

Ale Mokry Ług zimą jest piękny.


No i jak zwykle ja... Fotograf.



niedziela, 11 grudnia 2016

Grudniowe N2

Zimno, mokro i paskudnie.... Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że należy okopać się w domu przed kompem, zaopatrzyć w dużą ilość żywności odrzuconej przez Etiopczyków* i jakoś przeczekać do wiosny... albo przynajmniej do premiery StarWars.
My postanowiliśmy zwalczyć jesienną depresję i barową pogodę. 

Takie to mamy zmoknięte, ale szczęśliwe efekty w postaci Sobotora
*MRE - Meal Rejected by Etiopian



Trening zorganizowaliśmy na terenie byłej jednostki szkolenia policji w okolicy Kajetan (potocznie przez brać strzelającą nazywaną N2). Na miejscu zastaliśmy kawałek terenu zielonego, choć z racji na porę roku był on raczej szaro - zgniły, kilka górek i dołków idealnych do krótkich scenariuszy z kategorii "My tam, Wy tam", oraz dwupoziomowy budynek w całkiem dobrym stanie. 

Jeśli chodzi o teren zielony, to cytując klasyka, dupy nie urywa... za to budynek przedstawia dla nas całkiem ciekawy kąsek. Potrzebuje oczywiście delikatnego muśnięcia szuflą do gruzu oraz ocieplenia wnętrza podobiznami talibów i zakładników, jednak po tym delikatnym odświeżeniu będzie się nadawał idealnie do ćwiczeń z zakresu czarnej taktyki. Są to dalekosiężne plany, ale na pewno się do nich w którymś momencie zabierzemy...

niedziela, 30 października 2016

Camp SNAFU Charlie - AAR part3

Misja 3 - Ostateczne starcie

Siły własne:
Hotel (4. Kompania), wchodząca w skład głównych sił natarcia.

Zadanie:
Zająć po kolei punkty PV, PT, PG.

Przebieg zadania:
Zostaliśmy wyładowani ze śmigłowców na punkcie DE. Zgodnie z rozkazem dowódcy głównych sił, rozwinęliśmy się w linię na prawo od drogi. Po naszej prawej była już tylko Delta (ASOT). Powoli ruszyliśmy na przód spodziewając się licznych zasadzek, dobrze ukrytych snajperów i innych umilających natarcie atrakcji przygotowanych dla nas przez stronę niebieskich.

Opór zastaliśmy dopiero w okolicy punktu PT, gdzie sprytnie ukryci w rowach i za umocnieniami przeciwnicy upuścili nam trochę krwi. Na szczęście szybka interwencja medyka postawiła rannych na nogi i mogliśmy dalej brnąć w wyznaczonym kierunku. Wróg cofał się, my kroczyliśmy powoli na przód. Nasze oddziały dystrakcyjne, mające za zadanie atak na flance i odciągnięcie przeciwnika, nie znalazły sił nieprzyjaciela, więc dołączyły się po chwili do nas. Niestety kulała trochę komunikacja między dowódcami poszczególnych drużyn, w wyniku czego trzech naszych operatorów oberwało w wyniku friendly fire, z czego jeden niestety skutecznie. W efekcie dotarliśmy do punktu PG, obstawiliśmy skrzyżowanie podwójnym pierścieniem obrony i wypuszczając zwiady i pogonie kąsaliśmy nieprzyjaciela.

Misję można było wykonać lepiej, choć de facto, zdobyliśmy wszystko co mieliśmy zdobyć nie ponosząc makabrycznych strat. Na pewno dało by się lepiej skomunikować poszczególne drużyny i uniknąć friendly fire. Można też było szybciej i sprawniej wyruszyć, dając nieprzyjacielowi mniej czasu na przygotowanie punktów oporu. Zdając sobie jednak sprawę z trudności dowodzenia tak dużą gromadą ludzi, z tak wielu, nie znających się i nie operujących razem drużyn, uważam że i tak było dobrze.

Camp SNAFU Charlie - AAR part 2

Misja 2 - Nocne rozpoznanie

Siły własne:
Drużyny Bravo (Mad Dogs) i Hotel (4 Kompania), łącznie 14 osób

Zadanie:
Rozpoznać punkty NR i NS pod kątem instalacji PLOT, pozostać niewykrytym przez siły nieprzyjaciela. Po rozpoznaniu punktów znaleźć się po zachodniej części drogi i w momencie ataku sił głównych prowadzić działania odwracające uwagę.

Przebieg zadania:
Załadowaliśmy się do śmigieł i ruszyliśmy na punkt WA. Po desancie i dłuższej chwili na przyzwyczajenie się do ciemności ruszyliśmy powoli na punkt NR. Sprawne przemieszczanie się w ciszy nie było łatwe, bo zachmurzenie skutecznie zatrzymało światło księżyca, więc bez nokto chodziliśmy w zasadzie po omacku.
Bez większych przygód udało nam się dotrzeć na punkt NR, na którym nie znaleźliśmy żadnych śladów obecności nieprzyjaciela. Ruszyliśmy więc do kolejnego miejsca.
W międzyczasie dostaliśmy meldunki od trzeciej drużyny rozpoznania, która miała udać się na punkt DA, raportujące duże skupienie przeciwnika działającego  na światłach. W związku z problemami z łącznością ze sztabem, pełniliśmy również funkcję przekaźnika między radiami 2 i 6 m.
Po dotarciu na punkt NS zauważyliśmy w oddali światła, podeszliśmy bardzo ostrożnie, przygotowani na kontakt z nieprzyjacielem. Punkt okazał się być pusty, natomiast widziane przez nas światła były prawdopodobnie latarkami nieprzyjaciela stacjonującego na południe, na punkcie DA.

Nagle dotarł do nas dźwięk samochodów, zalegliśmy i czekaliśmy, mając nadzieję, że zostaniemy niewykryci. Auta zatrzymały się, po chwili usłyszeliśmy że nieprzyjaciel nas widzi w termowizji. Padł rozkaz otwarcia ognia i pod osłoną wycofania się w głąb lasu a następnie oderwania, co niezwłocznie uczyniliśmy. Nasz manewr opierał się na zasadzie gry pojazdów, które nie mogą desantować operatorów jeśli znajdują się pod ostrzałem. Przynajmniej w teorii dawało nam to chwilę na oderwanie. Niestety w ciemnościach udało nam się rozdzielić na dwa składy, na szczęście po chwili odnaleźliśmy się i połączyliśmy znów jeden oddział. Co wydawało nam się dość dziwne, nikt nie puścił się za nami w pogoń, wręcz przeciwnie, auta odjechały w inną stronę. Jak okazało się później, obsada samochodów uznała nas za swoją sojuszniczą jednostkę, a otwarcie ognia jako nieporozumienie, więc aby nas nie niepokoić, po prostu się zwinęli.

Po ogarnięciu oddziału i znalezieniu bezpiecznego miejsca nawiązaliśmy kontakt ze sztabem i zameldowaliśmy całe zajście, czekając na dalsze instrukcje.  Sztab wyznaczył nam kolejne miejsce docelowe, NM. Starając się unikać kontaktu z nieprzyjacielem ruszyliśmy w dalszą drogę.

Przemierzając ciemny las wielokrotnie słyszeliśmy odgłosy wymiany ognia, pozostając jednak przy własnych rozkazach, podążaliśmy dalej klucząc i unikając jakichkolwiek spotkań.

W czasie naszej wędrówki główne siły prowadzące natarcie zostały rozbite (przez zupełny przypadek najechała na nie pogoń wysłana za naszym oddziałem, jak się już przeciwnik pokapował, że to nie był friendly fire). Jako że wszystkie śmigła były zajęte ewakuacją trupów po epickiej potyczce, i nikt się naszym oddziałem zbytnio nie interesował, postanowiliśmy wrócić z buta do bazy.

Wędrówka w totalnych ciemnościach przez las była bardzo ... integrująca. Odstępy między nami siłą rzeczy się zmniejszyły. Po trasie spotkaliśmy jeszcze duży oddział Zombie, zalegliśmy więc w sosnowym młodniku z zamiarem przeczekania tego pochodu żywych trupów. Adrenalina trochę nam podskoczyła, jak kilku z martwych graczy postanowiło rozładować magazynki idąc do bazy... A za cel obrali sobie ten właśnie młodnik. Kulki padały bardzo blisko.

Ogólnie zadania rozpoznania mają swoją własną specyfikę i nie obfitują w momenty glorii i chwały, epickie potyczki i szaleńcze pościgi za nieprzyjacielem. Pozostaliśmy w miarę możliwości niewykryci, co przy znacznej przewadze nieprzyjaciela uważam za sukces. Nie połamaliśmy również kończyn podczas przemieszczania się po dość trudnym terenie, co też odczytuje in plus.

środa, 26 października 2016

Camp SNAFU Charlie - AAR part 1

Misja 1 - Barbarossa

Siły własne: 
Pluton Młot w sile trzech drużyn - India (Silent Hunters), Hotel (4. Kompania), Charlie (Grupa Gliwice) łącznie 24 op.

Zadanie: Wsparcie obrony pasma wzgórz jako QRF, kontratak na wskazany punkt po nawiązaniu kontaktu przez drużyny broniące punktów BL, BM, BN, NC, NB, BW, zadanie jak największych strat przeciwnikowi.

Przebieg zadania:

Po nadaniu komunikatu Irene, ruszyliśmy na lądowisko śmigłowców. Załadowani w trzy śmigła i po pobieżnym ustaleniu taktyki ruszyliśmy na miejsce wesprzeć obronę wzgórza. Plan zakładał rozwinięcie się w linię, na lewej flance India, Hotel w środku, lekko wycofany, na prawej flance Charlie, i atak na nieprzyjaciela.

Po dotarciu na miejsce (okolice punktu BM), rozpoczęliśmy podejście pod pozycję NW, skąd raportowane były kontakty. Umocniony pagórek był już zajęty przez siły wroga, rozwinęliśmy więc linię i rozpoczęliśmy kontratak. Dobra pozycja nieprzyjaciela oraz brak skoordynowania natarcia spowodował duże straty w India, która pierwsza weszła w zasięg. Udało nam się jednak zająć punkt i po szybkim opatrzeniu rannych i przegrupowaniu kontynuowaliśmy pogoń za odrywającym się przeciwnikiem w kierunku wschodnim.

Po kilku potyczkach nieprzyjaciel zaczął nas flankować. Wraz z niedobitkami z India i Charlie, siłą 8 osób wycofaliśmy na wzgórze NW, zorganizowaliśmy obronę i nawiązaliśmy kontakt ze sztabem w celu uzyskania dalszych rozkazów. Czekając na odpowiedź ze sztabu usłyszeliśmy dźwięk silnika nadjeżdżającego wozu bojowego nieprzyjaciela. Przygotowaliśmy zasadzkę natychmiastową, w którą nieopatrznie wjechał pojazd wroga... i już z niej nie wyjechał. Zasadzka okazała się nadzwyczajnie skuteczna.

Po ponownym nawiązaniu łączności ze sztabem dostaliśmy rozkaz połączenia się z innymi drużynami przebywającymi w terenie i zgrupowaniu się do wspólnego podjęcia przez śmigła. Udaliśmy się na zachód, do punktu BM, gdzie napotkaliśmy drużyny Lima i Alpha. Zorganizowaliśmy obronę lądowiska i czekaliśmy na wezwane wcześniej śmigła, które zabrały nas do bazy.

niedziela, 16 października 2016

Nowy operator 4. Kompanii

Camp SNAFU Charlie zakończył okres rekrutacyjny kolejnego dzielnego strzelca 4. Kompanii. Do naszych szeregów oficjalnie dołączył Brzeszczot, w skrócie nazywany Brzzz.

Brzeszczot jest naszym najmłodszym operatorem, na szczęście może już głosować, kupować alkohol i ma prawo jazdy :) Choć różnica wieku jest między nami spora, to doświadczeniem i wiedzą Młody wcale nie odstaje od reszty składu, a jego entuzjazm i zaangażowanie motywuje nas, tetryków, do działania.

Witamy oficjalnie Brzeszczota w naszej patologicznej rodzinie 4. Kompanii.


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Nowi operatorzy 4. Kompanii

Operacja Cauldron zakończyła oficjalnie okres rekrutacyjny dwóch naszych operatorów.
Do pełnoprawnych członków Kompanii dołączyli zatem Prott i Trubal, których pozyskaliśmy jako wolne elektrony jeszcze na Camp Snafu Alpha.
Witamy i gratulujemy naszywek!


Prott, nasz cichy i zazwyczaj niewidoczny strzelec, zawsze gotowy do wyjścia w teren bez cienia narzekania. Pokazał swoją odwagę i determinacje już na Snafu Alpha, kiedy jako jedyny bez radia, w nocy znalazł resztę oddziału szybciej niż zawodowy żołnierz. 

Trubal, przedstawiciel pomorskiego oddziału zamiejscowego 4. Kompanii, delegatura w Gdyni. Jest z nami rzadko, ale jak już przyjedzie, daje z siebie wszystko... przede wszystkim nieskończone pokłady dobrej energii i zimny browarek w chwili zwątpienia:)


Operacja Anthrax

Sezon wakacyjny 4. Kompania rozpoczęła na Mokrym Ługu stawiając się na 24 godzinnej strzelance scenariuszowej Operation Anthrax.


W składzie siedmioosobowym, zasileni prawie wszystkimi naszymi nomadycznymi przyjaciółmi, instalowaliśmy PeLOTki, patrolowaliśmy teren, eskortowaliśmy złapanego szpiega i polowaliśmy na moździerz w totalnych ciemnościach.


Po południu orgowie zaplanowali dla nas epicką walkę na piaskowych wydmach, do której opracowany został bardzo szczegółowy plan...

Plan oczywiście dał w łeb i wyszła z niego standardowa ganianina po lesie i strzelanie zza krzaka w totalnym chaosie. Pierwiastek strzelankowy uczestników był przeszczęśliwy.

Najwięcej frajdy sprawiło nam operowanie w nocy, gdy bez wsparcia technologicznego, na mapach bez współrzędnych udało nam się wymacać w lesie z drugą sojuszniczą jednostką. Już, już mieliśmy operatorów moździerza na celowniku, gdy zabawę popsuł nam gajowy Marucha. Jego cierpliwość na wybuchy co 10 minut się skończyła i postanowił poganiać biednych ASGejowców po lesie terenówką. W związku z tym incydentem symulacja została na chwilę przerwana i dostaliśmy rozkaz zwijania się na prędkości do FOBów.

Marsz na bazę również odbył się z przygodami... Szliśmy w dwa teamy, mniej więcej 9 osób,aż tu nagle, zza węgła wychodzi na nas druga ekipa. Spotkaliśmy się na skrzyżowaniu jak byśmy tam umówieni byli... Jak się po chwili okazało, była to obstawa moździerza, na którą polowaliśmy od 1,5 godziny. Dzięki zdrowemu rozsądkowi obu stron obyło się bez kwasów i ręka w rękę wróciliśmy na Beton Plac razem.

Generalnie bawiliśmy się dobrze. Gdyby jeszcze zmniejszyć nachalność moderacji rozgrywki, zwiększyć trochę nacisk na porządek w komunikacji radiowej i ogarnąć bardziej dokładne mapy, było by super :) Na pewno będziemy wpadać na następne imprezy tego typu.
Wszystkie foty do obejrzenia na FB :)

Majowe aktywności 4. Kompanii

W maju 4. Kompania wybrała się na dwie imprezy organizowane przez tą samą osobę, a mianowicie Phoenixa, znanego dobrze w mazowieckim środowisku ASG. Mieliśmy okazję uczestniczyć w Operacji Market Garden oraz Patrol Opps.
O ile pierwsza była typową strzelanką, na którą każdy Asgej powinien pójść przynajmniej raz w życiu, aby potem przerzucić się na milsimy, o tyle druga impreza bardziej przypadła nam do gustu ze względu na charakter i zadania.

Zdjęcia z obu wypadów już są w naszej galerii i na profilu FB.

poniedziałek, 16 maja 2016

Camp SNAFU Bravo - AAR subiektywny Fenka cz.III

SCENARIUSZ GŁÓWNY

Na niedzielę Ogrowie przygotowali scenariusz na zasadach S-MS z mobilnymi respami, systemem punktowym i dominacją terenu. Niestety samo zrozumienie zasad i opracowanie opartej na nich taktyki zjadło większość mojej mocy obliczeniowej... Dowódcą strony został Kiero, Kastor objął rolę RTO całości, ja objęłam oddział uderzeniowy Burza, wyposażony w pojazd pancerny, którego rolę na początku pełnił zmodyfikowany Fiacik - Cienias. Później na szczęście dostaliśmy coś większego, choć Cieńki dawał niesamowity klimat.


Zadaniem Burzy było dawanie szybkiego wsparcia tam, gdzie było to potrzebne, wykorzystując maksymalnie mobilność i kulo-odporność pojazdu. Nasz opancerzony wóz mógł być jednak zniszczony poprzez AT (technologia laser tag, nowatorskie, bardzo fajne rozwiązanie urozmaicające rozgrywkę z pojazdami, wymagające jeszcze dopracowania), także nie mogliśmy czuć się całkowicie bezkarni i bezpieczni. 

Na pierwszy ogień poszedł szturm na Wioskę, którą zdobyliśmy i utrzymywaliśmy przez dłuższy czas bez większych problemów. Niestety w pewnym momencie warkot małego silniczka Cieniasa oraz stopień zaczadzenia naszego kierowcy spowodował, że nie usłyszeliśmy na czas alarmu czujnika i nasz bojowóz doznał mocnego uszczerbku na zdrowiu. Aby nie stracić wozu musieliśmy się wycofać...

W tym czasie nieprzyjaciel zdążył zająć naszą Wioskę, co przechyliło szalę zwycięstwa na ich stronę. Musieliśmy coś z tym zrobić. W głowie Kiera powstał plan skoordynowanego ataku z zastosowaniem ostrzału artyleryjskiego i szturmem piechoty. Plan był genialny, niestety mój brak cierpliwości go trochę popsuł... Wjechaliśmy do wioski za wcześnie...

...ale akcja była epicka! Dawno nie miałam takiego zastrzyku adrenaliny jak w momencie wjechania między siły nieprzyjaciela, który zupełnie się tego nie spodziewał. Banany na twarzy moich towarzyszy świadczyły o tym, że i im się podobało. Później niestety dostaliśmy srogi ochrzan od dowódcy. Niestety zasłużony.

Dalsza część akcji była próbą odzyskania przewagi w terenie. Morale trochę podupadło, ale zmobilizowaliśmy się i odbiliśmy Fort. Gdyby akcja trwała kilka minut dłużej odbilibyśmy również stracony samochód, a wtedy, kto wie, może szczęście uśmiechnęło by się do nas ponownie...

WNIOSKI

Camp SNAFU Bravo uważam za udany wyjazd. Szkolenie dowódców, choć nie do końca trafiło w moje oczekiwania, nakreśliło ogólny kierunek, w którym powinnam iść myśląc o kierowaniu zespołem. Działanie w mieszanych składach i wspólne bloki szkoleniowe sprawiały, że nie było spin i kwasów jak to bywa na standardowych imprezach ASG. Nie powstały obozy My i Oni, byliśmy wszyscy jedną wielką ekipą, która starała się pozytywnie spędzić weekend.

W porównaniu do Alphy, Brawo miało bardziej skomplikowaną mechanikę, coraz mniej przypominającą milsima, idącą w stronę rozgrywek RTS. Mniej się czuło realność sytuacji myśląc o której godzinie zginąć, by szybko się zrespić i odzyskać miejsce a wraz z nim dostać punkty. Ten typ rozgrywki zdecydowanie nie przypada mi do gustu...

Z niecierpliwością czekam na Charlie, które ma być w założeniach mocniej milsimowe. 

Camp SNAFU Bravo - AAR subiektywny Fenka cz.II

SCENARIUSZ NOCNY

Po teoretycznym bloku szkoleniowym przyszedł czas na rozprostowanie kości w terenie.
Organizatorzy postanowili nam to zadanie urozmaicić, dokonując totalnego przetasowania teamów. W efekcie zostały stworzone kilkuosobowe zespoły z ludzi znających się tylko z widzenia, dowodzone przez świeżo przeszkolonych leaderów. Brzmi jak katastrofa? Moim zdaniem niekoniecznie. Tylko w ten sposób można było realnie sprawdzić, czy dowódcy cokolwiek przyswoili z kilku godzin wykładów i ćwiczeń. RTO i Navi również nie mogli polegać na wypracowanych w swoim macierzystym teamie procedurach, musieli współpracować z nieznanymi sobie ludźmi. Szturmani mieli natomiast szansę wykazać więcej inicjatywy w działaniu, bo oficerowie - nowicjusze nie rozstawiali ich co do centymetra na polu walki.

Wracając do misji - w totalnie pomieszanym składzie, z Oskarem z Dzikiego Oddziału jako dowódcą, nawigatorem i RTO z którymi miałam okazję pierwszy raz wymienić więcej niż cześć w drzwiach, oraz szturmanami z naszej Kompanii (Kiero, Sobotor i Prot trafili z losowania do mnie) ruszyłam jako zastępca dowódcy w ciemny las. Informacje przekazane nam na odprawie były bardzo enigmatyczne i nie do końca spójne z treściami przekazanymi na szkoleniu. Pomimo dopytywania nie dowiedzieliśmy się jaki jest zamysł naszego działania, co mamy zrobić w razie porażki, czy możemy liczyć na jakiekolwiek wsparcie. Z przekazanych wiadomości wychodziło na to, że w ciemną noc mamy przedostać się na drugi koniec lasu niepostrzeżenie, dotrzeć do samochodu, którego współrzędne dostaniemy przez radio i czekać na dalsze instrukcje. W terenie znajdował się podobno nieprzyjaciel w sile kompanii, którego HQ radziło unikać... No więc poszliśmy.

Na wstępie dostaliśmy ostrzał w wyniku którego ranny został dowódca... Psipadek? Niesomdzem...:)
Następne 40 minut przekradaliśmy się metr po metrze w okrutnych zaroślach, licząc na to, że nikt nas nie dostrzeże. Na szczęście się udało. Nadrabiając drogi i ryzykując podrapaniem, pod osłoną cholernie gęstego sosnowego młodnika udało nam się dotrzeć na wyznaczone miejsce spotkania z samochodem. Radość nasza nie trwała jednak długo, ponieważ kierowca stwierdził, że to nie nas miał z tego miejsca podjąć, a inną drużynę... Zdziwienie, jakkolwiek wielkie, zostało przerwane ostrzałem w plecy, padły trzy osoby, między innymi Oskar. Od tego momentu swoje 5 minut jako dowódca miałam ja.

Szybkie oderwanie do najbliższych zarośli, nokto na czujce, osłona pleców i analiza sytuacji: Dowódca nie żyje, nie mamy RTO, łączność z HQ tylko na 7m, więc nie wiemy i nie dowiemy się co dalej. Mamy kopertę z rozkazem, który mamy otworzyć po znalezieniu ładunków, które są w miejscu ostatniej wymiany ognia, więc próba cofnięcia się jest automatycznym samobójstwem. Samochód odjechał, jest północ, zaczyna być chłodno, ciągle siąpi deszcz... Morale w ekipie powoli pada, planowe zakończenie misji za godzinę.

Zdecydowałam w sposób maksymalnie bezpieczny wycofać się do bazy. Kontynuowanie misji nie było możliwe, bo nie znaliśmy jej celu.

Rozpoczęliśmy więc ostrożny i długi powrót do domu... Gdy w pewnym momencie zadzwonił telefon Trzmiela z DO, naszej czujki z Nokto. Awaryjnym systemem łączności GSM otrzymaliśmy od Oskara nowe rozkazy i zmieniliśmy kierunek marszu, kierując się na Mały Fort.

Po dotarciu na miejsce naszym zadaniem było odwrócić uwagę obrońców fortu od rzeczywistego kierunku ataku, który przeprowadzał Oskar z sojuszniczymi drużynami. Była nas tylko czwórka, więc wiele zrobić nie mogliśmy, przypomniałam sobie jednak taktykę Beltusa. Ruszyliśmy na Fort, każdy z nas miał wyimaginowany fireteam pod swoim dowodzeniem, ja czułam się jakbym dowodziła przynajmniej plutonem. Darliśmy się z całych sił wydając rozkazy oddziałom duchów, strzelając ze wszystkich stron, chrupiąc i szeleszcząc najgłośniej jak się dało... I poskutkowało. Obrońcy zbaranieli, fort został zdobyty.
Niestety chwilę później padliśmy ofiarą friendly fire od sojuszników.

I w tym miejscu powinna się moim zdaniem zakończyć misja nocna. Było już zdrowo po 1.00 w nocy, większość była przemoczona i zmarznięta, kolacja przed misją nie dojechała, więc i rezerwy kaloryczne powoli się kończyły. Org odpowiedzialny za misję rzucił nas jednak na Duży Fort z rozkazem jego zdobycia. Misja była z góry skazana na niepowodzenie, ale rozkaz jest rozkaz. Zginęliśmy dzielnie w świetle szperaczy i pod osłoną grubej warstwy dymów rzucanych przez nieprzyjaciela. Potem z ulgą poczłapaliśmy do Campu.

Dla mnie misja udana, sprawdziłam swoje umiejętności, zmierzyłam się z tremą dowodzenia. Chyba nie było tragicznie, bo mój mieszany team mnie za to nie zlinczował :)


piątek, 6 maja 2016

Camp SNAFU Bravo - AAR subiektywny Fenka cz.I

Po sukcesie pierwszej edycji obozu szkoleniowo - milsimowego Camp SNAFU przyszedł czas na drugą odsłonę tego asgowego eksperymentu. 4.Kompania stawiła się na Campie w składzie 6 osobowym, wszyscy nasi operatorzy mieli już okazję uczestniczyć w poprzedniej edycji, także formuła obozu nie była dla nas zaskoczeniem.

Za namową organizatorów poczyniliśmy pewne roszady w składzie, tak aby szkolenie było przez nas maksymalnie wykorzystane. Kali i Kastor, pełniący funkcje nawigatora i RTO, po odbyciu podstawowego szkolenia na Alphie zapisali się na blok zaawansowany na Bravo. W bloku dedykowanym dla szturmanów uczestniczyli Prot i Sobotor, natomiast na wykłady z dowodzenia zostali oddelegowani Kiero i Fenek, która na Snafu pełniła funkcję dowódcy składu.

autor: Camp SNAFU


Dzień I

SCENARIUSZ WSTĘPNY
Pierwszy scenariusz, nazwany przez orgów rozgrzewkowym, był przede wszystkim sprawdzeniem umiejętności ogarnięcia swoich teamów przez squadleaderów.  Nowatorskim rozwiązaniem było wprowadzenie dowódców do rozgrywki na zasadzie "duchów" - biegających za swoimi ludźmi bez broni i w pomarańczowych kamizelkach, ograniczających się tylko i wyłącznie do wydawania rozkazów. Z pozycji dowodzenia misja przypominała trochę grę RTS - miało to swoje wady i zalety. Przede wszystkim dawało szansę na pełne skupienie nad sytuacją taktyczną swojego oddziału, bez potrzeby martwienia się o własny tyłek, ponieważ był on z zasady nieśmiertelny. Jeśli chodzi o wady, to chodzenie bez broni wśród śmigających wszędzie kulek było z początku mocno deprymujące. Niby wszyscy wiedzą, że to tylko zabawa i realnie nic się nikomu nie dzieje, jednak lata treningów, symulacji i strzelanek wyrabiają w człowieku odruchy i nawyki, które są silniejsze od niego...

Co do wykonania samej misji... Jako swoje pierwsze wprawki w byciu dowódcą oceniam na prawie doskonałą klapę. Niestety dynamika zmieniającego się pola walki w rozgrywkach na zasadach SM-S z respami co kilka minut jest dla mnie, jako zielonego dowódcy zbyt duża, przez co nie jestem w stanie wystarczająco szybko podejmować decyzji, a co za tym idzie, zmniejszam efektywność ekipy. Problem stanowiło też zarządzanie własnym teamem, w którym chłopaki, choć ich uwielbiam i darzę sympatią, nie są jeszcze zgrani, rozłażą się z dwójek, nie słyszą rozkazów, gubią się w lesie i dokonują dziwnych wyborów bez meldowania swojej sytuacji. Efekt jest dość makabryczny - nieogarnięta ekipa zarządzana przez jeszcze bardziej nieogarniętego dowódcę. Na swoją obronę mam tylko tyle, że była to moja pierwsza w życiu misja, gdzie musiałam podjąć trud dowodzenia.

Po tym doświadczeniu jeszcze bardziej doceniam wartość dobrego leadera, nawet jeśli czasem podejmuje złe decyzje. Presja jest na prawdę duża.

BLOK SZKOLENIOWY

Szkolenie dowódców zaczęło się od ... kartkówki - wejściówki z przesłanego wcześniej skryptu dla dowódców. (Jako kujon doskonały nie miałam problemów z napisaniem krótkiego sprawdzianu, więc płynnie przejdę dalej...)

autor: Camp SNAFU
Blok szkoleniowy dla dowódców był dobrze przygotowany pod względem merytorycznym. Zabieg z przesłaniem wcześniej materiałów szkoleniowych uczestnikom zaoszczędził sporo czasu tworząc bazę podstawowej wiedzy, na której potem spokojnie i bez nieporozumień pracowaliśmy.
Treści szkolenia skupiały się głównie na planowaniu i przygotowaniu drużyny do wykonania zadania, a także na szerszym spojrzeniu na działania taktyczne z pozycji dowodzenia plutonem. Wyjście ze szkoleniem o poziom wyżej, czyli rozpatrywanie sytuacji taktycznych z punktu widzenia plutonu, a nie jednej drużyny daje szansę na lepsze zrozumienie i komunikację między dowódcą teamu a HQ strony, czego w realiach strzelankowo - milsimowych bardzo brakuje.

Dla mnie, jako totalnie początkującego dowódcy, zabrakło jednak elementów zarządzania drużyną w prostych sytuacjach taktycznych. Podstawowych informacji jak mam wydawać rozkazy podczas akcji, aby ekipa mnie zrozumiała, w którym momencie wykonać jaki manewr, żeby wykonać zadanie, jak rozlokować ludzi aby mieć jak najmniej strat.

Nauczyłam się natomiast wiele z zakresu planowania akcji, tworzenia rozkazów, zapisywania i przekazywania informacji. Ta wiedza przydała się nam potem na akcji nocnej, ale o tym już w następnym odcinku...

środa, 20 kwietnia 2016

Nowy operator 4.Kompanii

Dołączył do Nas przypadkiem, jako wolny elektron na Camp Snafu Alpha. Spodobało mu się na tyle, że pozostał w naszych szeregach...

Camp Snafu Bravo oficjalnie zakończył okres rekrutacyjny Sobotora. Naszywki przekazane, marsz republiki wybuczany, bo się internet skończył, gratulacje złożone, uścisk dłoni prezesa oraz czuły kopniak w zad również zaliczone.

Kompania rośnie w siłę!


poniedziałek, 18 kwietnia 2016

COMBAT POKER 2016

W pierwszych dniach kwietnia operatorzy 4. Kompanii mieli możliwość uczestniczyć w grze Combat Poker. Do składu naszej ekipy (Kiero, Fenek, Kastor, Kali, Żółw i Ruda) dołączyło dwóch operatorów naszej macierzystej formacji, 1erPIMa : Levik i Sheik.


Gra była wymagająca, na bardzo małym terenie Lasów Radziejowickich operowało około 20 ekip, które szukały a potem odbierały sobie nawzajem karty. Rozgrywka każdy na każdego powodowała ciekawe pod względem taktycznym sytuacje, z których czasem po prostu nie dawało się ujść z życiem.

Pogoda również zebrała swoje żniwo... bytowanie w terenie z użyciem minimalnego sprzętu przy - 3 stopniach jest trudne, choć nie niemożliwe.
W nocy, pomimo dobrego planu przetrwania, polegliśmy w starciu z technologią... Na nokto i termo nie ma rady, choć dzięki epickiej akcji skrytobójczej Levika, nasi oprawcy z BlackOpps również odnieśli poważne straty.

Jeśli chodzi o wnioski i impresje z Combat Pokera, to wczesną wiosną sprzęt do bytowania i zabezpieczenie odpowiednich ciuchów jest bardzo ważne. Operowanie w terenie który się zna daje dużo, jednak przepaść technologiczna, szczególnie podczas działań nocnych, jest nadal nie do przeskoczenia.

Dziękujemy 1erPIMie za wspólne działania, Beltusowi z BO jesteśmy wdzięczni za profesjonalne zorganizowanie gry i całego zaplecza.
Na następną edycję przygotujemy się jeszcze lepiej!

wtorek, 5 kwietnia 2016

Nowy operator w 4.Kompanii!


4. Kompania ma zaszczyt poinformować, że Combat Poker oficjalnie zakończył proces rekrutacyjny kolejnego operatora. Ruda sprawdziła się jako tylna straż naszej formacji, przetrwała nocne bytowanie w mało sprzyjających warunkach i pokazała, że odpowiednia kobieta na odpowiednim miejscu może czasem więcej niż niejeden facet!

Na marginesie dodamy, że Ruda należy do tajemniczej sekcji TrollPatrol, która efektywnie niszczy wszelkie napięcia w naszej drużynie, podnosi morale i sprawia, że na naszych treningach bywa tak... absurdalnie.

wtorek, 10 listopada 2015

Nowy pełnoprawny operator Kompanii

Z radością informujemy, że milsim Rok Kozy zakończył okres rekrutacyjny Żółwia (znanego także jako Blondi). Od teraz jest już pełnoprawnym członkiem 4. Kompanii.

Gratulujemy!


A zupełnie przy okazji podrzucamy AAR z symulacji
AAR Rok Kozy

poniedziałek, 5 października 2015

Trening 4.10 - Long Range Recon przed Raising Storm

W związku ze zbliżającą się symulacją Raising Storm, gdzie 4 Kompania wybiera się w silnym składzie, postanowiliśmy sprawdzić teren, na którym przyjdzie nam operować w listopadzie.



Pojechaliśmy zatem pod Otwock i zrobiliśmy "prawdziwy trening milsimowy" - 5 godzin łażenia po lesie i leżenia w krzakach z incydentalnym 5 minutowym ćwiczeniem na ostro :)


Podczas długiego zwiadu Otwockich lasów mieliśmy okazję poznać przemiłą panią Grzybiarkę, która nie zrażona naszym dziwnym wyglądem chwaliła się swoimi zbiorami. Niestety piękna pogoda i bliskość miasta zawsze powoduje duży natłok cywili... Miejmy nadzieję, że w listopadzie będzie zimno i mokro :)

Udało nam się również wejść do bunkrów na Dąbrowieckiej Górze - wszystkim fascynatom militariów polecamy miejsce. Rozmowa z panem opiekującym się tym mini muzeum dała nam porządny wywiad dotyczący możliwości obrony umocnień. Jeśli zostaniemy przydzieleni do obrony bunkrów, będzie bardzo ciekawie...

Przed nami jeszcze jeden trening, stricte zgrywający, mający na celu przygotowanie naszej ekipy do tej dużej symulacji. Dużo przed nami pracy, jednak coraz wyraźniej widać w którą stronę idzie rozwój 4 Kompani. 


PS. Jako fotograf znów nie mam zdjęć z treningu, także wrzucam selfie z trochę innej perspektywy. 

Fenek na i po treningu:)