poniedziałek, 12 czerwca 2017

Camp SNAFU Echo recenzja subiektywna

W czerwcu pojechaliśmy na piątą imprezę z serii SNAFU, tym razem była to Operacja, czyli coś na kształt milsima, bez bloków szkoleniowych.
Na wstępie kilka słów o założeniach scenariuszowych i organizacyjnych, które przyświecały tej imprezie:
Na arenie zmagań zostały wydzielone dwie strony konfliktu, poetycko nazwane Hełmami i Kapeluszami, w zależności od preferowanego nakrycia głowy. Po każdej ze stron zostało uformowanych kilka plutonów, którymi dowodzili bardziej doświadczeni gracze zaakceptowani dużo wcześniej przez orgów. Drużyny zapisywały się do poszczególnych plutonów zgodnie z własnymi preferencjami, sympatiami i antypatiami i możliwościami sprzętowymi. Dowódcą każdej ze stron był org – w przypadku Kapeluszy był to Ender, natomiast Hełmami dowodził Grey.
Scenariusz zakładał działania nieprzerwane od soboty, 10.00 do niedzieli 14.00 z zastrzeżeniem, że w każdej chwili tak pluton jak i pojedyncza ekipa może zejść do bazy  offgame w celu uzupełnienia sprzętu, zasobów czy sił witalnych. Dla prawdziwych hardcore’ów przewidziane było nocowanie w terenie i akcje przez 28h imprezy non stop.
Z naszej strony na dowódcę  plutonu zgłosił się Kali, wychodząc naprzeciw problemom Organizatorów SNAFU z za małą ilością chętnych na stanowiska. Niestety bliskość terminowa innych dużych imprez ASG oraz przypadki losowe wykosiły trochę naturalnych kandydatów i trzeba było kombinować.
Do naszego plutonu zapisały się cztery bardzo fajne i ogarnięte teamy, z niektórymi znaliśmy się z poprzednich SNAFU, z innymi mieliśmy mało szans na wspólne działanie, ale szybko udało się stworzyć całkiem sprawnie zorganizowaną ekipę. 4.Kompania miała okazję współpracować z ASG Olsztyn, SCD, SG3 oraz DZS Dzik. Nasza drużyna stanowiła HQ plutonu w składzie: Kali – dowódca, Kiero – zastępca oraz RTO, Fenek – medyk, Prott i Sobotor – wsparcie ogniowe.

Jeśli chodzi o stronę organizacyjną SNAFU Echo:
W poprzedniej edycji (SNAFU Delta) byłam jednym z organizatorów, mam więc pełną świadomość jak ciężko jest spiąć tak dużą imprezę. Zawsze na przysłowiowe 5 minut przed rozpoczęciem pojawia się tysiąc fuck upów i pierdyliard spraw które trzeba jakoś ogarnąć a się ich nie przewidziało w trakcie planowania, pomimo tego że wiele tęgich głów siedzi nad tym wiele godzin. Na koniec zawsze zesra się jakaś koza, zepsuje czyjś samochód, zgubi jedyny klucz do kłódki, która zamyka piwnicę z najważniejszym sprzętem na sima. Tak po prostu jest i należy mieć wielką dozę wyrozumiałości dla ludzi, którym chce się to wszystko ogarniać za friko, jako wolontariat, gdzie na koniec  liczyć mogą z pewnością na gównoburzę, z rzadka natomiast ktoś im podziękuje.
Snafu od dwóch edycji jest organizowane w ośrodku kolonijnym w Łazach koło Łochowa. To naprawdę dobra lokalizacja, oferująca znośne zaplecze sanitarne (uznajmy że asgeje są przyzwyczajeni do srania po krzakach, więc standard kibelka ze światłem, papierem toaletowym, zimną wodą i pająkiem w gratisie im w zupełności wystarcza). Dodatkowo teren wokół jest bardzo ciekawy i zróżnicowany co daje szansę na bardzo fajne rozgrywki.
Spać można było na polu namiotowym lub w domkach, był dostęp do kilku prysznicy z ciepłą wodą, kierownik ośrodka uruchomił dla nas grilla i ciepłą zupę za drobną opłatą, więc było bardzo komfortowo. Nawet był do dyspozycji basen, co już podnosi  ocenę imprezy o punkt do góry J
W ramach wyjścia Orgom naprzeciw ekipa 4.Kompanii wspomogła w piątek rejestrację uczestników oraz punkt chrono, mamy więc nadzieję że choć w ten symboliczny sposób odciążyliśmy trochę ekipę SNAFU.

Co do samej operacji:
Zaczęliśmy od porannego apelu. Na apel większość ludzi się spóźniła, więc radośnie pompowaliśmy do rytmu nadawanego nam przez orgów.

Następnie poszły w ruch szkolenia z zasad, szkolenia z PPanc oraz szkolenie inżynieryjne z budowania mostów.  Jak już odbyliśmy wszystkie szkolenia a dowódcy odbębnili odprawy, ustaliliśmy kanały łączności i poznaliśmy się ze wszystkimi w plutonie – udaliśmy się na parking, skąd transport miał nas wywieźć w teren gry. 

Pierwsze zadanie – wielki szturm przez plażę Omaha na okopane na pagórku oddziały przeciwnika.
Nie będę rozpisywać się w temacie sytuacji taktycznej i naszych działań minuta po minucie, bo to nie AAR. Krótko mówiąc było cholernie gorąco,  w jedynym dostępnym cieniu królowały komary wielkości kolibrów a przeciwnicy mieli bardzo dobrze wybrane pozycje i strzelali do nas jak do kaczek.

Wielki frontalny atak na Urrra był trochę utrudniony przez bajoro usytuowane centralnie naprzeciwko flagi, tak więc musieliśmy doczłapać się na dogodną pozycję pod lufami obrotowego KMa. Jak już się w miarę udało, to dobre flankowanie przeciwnika wycięło nas w pień, choć i my dotkliwie pokąsaliśmy wrogie siły. W epickiej bitwie na przyczółkach Foba nieprzyjaciela Sobotorowi wybuchł w ręku granat, na szczęście nic poważnego się nie stało.


Kiedy już dokonaliśmy zmartwychwstania na respie i ruszyliśmy wielką bandą na Foba w celu ostatecznej anihilacji przeciwnika okazało się… że bez słowa sobie po prostu poszli. Bo uznali, że utrzymali teren przez zamierzony przez siebie czas i już misję zakończyli. Powiem szczerze, że morale poszło się wtedy paść i poczuliśmy się dość podle. Niby przejęliśmy punkt, ale niesmak pozostał. Gdyby chociaż z góry było zapowiedziane jakie mamy okienko czasowe na przejęcie flagi... albo gdyby były jasno określone zasady wygrania scenariusza... A tak to trochę bez sensu. My zdobyliśmy punkt, Hełmy wygrały scenariusz, nikt nic nie rozumie.

Następnie płynnie przeszliśmy do drugiej fazy rozgrywki, która polegała na wybudowaniu we wskazanym miejscu Foba przy pomocy płyt OSB, które porzuciły za sobą Hełmy. No i marszem jakże ubezpieczonym, wyglądającym jak banda meneli po zwycięskim najeździe na śmietnik okolicznej budowy, ruszyliśmy przez las. Rozumiem wszystko, ale targanie płyt OSB było durne, szczególnie że w to miejsce spokojnie mógł dojechać samochód. Fun Factor, tak ważny dla orgów, był tu pogwałcony zbiorowo i bardzo boleśnie. I nie chodzi tu o to, że duma została urażona, bo uberpro komandosi nie mogą podnieść sklejki... To po prostu z punktu widzenia symulacji było makabrycznie idiotyczne.

Doszliśmy jednak na miejsce i stworzyliśmy coś na kształt Bazy patrolowej, na którą następnie przyjechał Jumper i przywiózł wodę (ej, ale płyt nam podrzucić nie mógł? czyżby orgom chodziło tylko o to, żeby kapelusze, już usmażone na łączce nad Liwcem, zmordowały się do reszty? No nie... to by było chamskie moderowanie gry...) Po konsultacji z resztą plutonów obstawiliśmy Foba i wysłaliśmy zwiady w celu wykrycia i zniszczenia instalacji Plot przeciwnika. Tu się na chwilę zatrzymam, bo doznałam zmieszania. Ender - nasz dowódca strony na pytania jak mamy podzielić zadania między plutonami i jakie są dalsze rozkazy odpowiadał coś w rodzaju "nie wiem, sami zdecydujcie" jakby nie był dowódcą, a orgiem asystującym. Chwilę później zaczął obchód po umocnieniach i instruował nas jak należy je stawiać i konsultować martwe strefy z kolegami z umocnień sąsiednich. W międzyczasie jego zastępca Borsuk wyskakiwał z mocnymi sugestiami co do wystawiania w konkretnych miejscach czujek. Natomiast w czasie ataku na FOB, Ender personalnie zaczął kierować ludźmi. Trochę więc pogubiłam się w roli, jaką odgrywał w tej symulacji, chyba zresztą nie tylko ja. W efekcie nie wiadomo było do końca symulacji czy Ender wydaje rozkazy, pilnuje realizacji założeń scenariusza, gra czy moderuje grę. W mojej subiektywnej ocenie to było kiepskie.

Generalnie zniszczyliśmy dwie Plotki, w między czasie Hałmy zrobiły nam wjazd na bazę i zadały porządne straty. Ja zginęłam radośnie, ale wiedząc, że o 18 nasza strona ma respa, oraz słysząc burczenie w brzuchu i zdając sobie sprawę z marnej sytuacji z amunicją, postanowiłam wrócić do bazy offgame, załadować potrzebne fanty do plecaka i zabrać się po zrespieniu transportem powrotnym w rejon gry. Trochę się zdziwiłam otrzymując telefon, że koło 17.30 cała strona kapeluszy zawija na offgame. 

Jak się potem okazało, zostało ustalone zawieszenie broni, bo Kapeluszy było w terenie za mało i gra została zawieszona do 22.00 - do akcji nocnej dla chętnych.

Też było to trochę słabe, bo akcja miała trwać nieprzerwanie przez 28h, a my na prawdę mieliśmy chęć wrócić za chwilę w teren i zbudować te cholerne mosty, korzystając ze zmęczenia Hełmów i naszej większej liczebności. No ale tak zostało zadecydowane.

Do 22 zdążyliśmy się porządnie nażreć, przeszpejować i przygotować do akcji nocnej. Nie wiem jakie były rozkazy na odprawie, bo jestem tylko szarym robaczkiem zajmującym się bandażowaniem, nie wypowiem się więc w temacie stopnia zrealizowania zadań. To co dotarło do mnie to zadanie polegające na przejmowaniu flag przeciwnika, niszczeniu pojazdów i konwojów pieszych na jakiejś trasie. Zgodnie z rutyną poprzedniej akcji (oraz poprzedniej Operacji Charlie), udaliśmy się na parking. Tam org zapakował nas na dwie tury w auta i wywiózł w teren działań.

Akcja nocna rozpoczęła się od uformowania wielkiej kompanii złożonej z trzech plutonów na asfaltowej drodze publicznej. Musieliśmy się nieźle nagimnastykować, żeby nie rozjechał nas żaden cywilny samochód... Potem ruszyliśmy powoli na wyznaczone punkty.
Tam czoło peletonu natrafiło na kontakty i rozwinęła się całkiem duża wymiana kompozytu. Podobno była jakaś terminatorka, na pewno był friendly fire i gigantyczny rozpierdol po naszej stronie. W międzyczasie dostaliśmy ogień od dupy strony, powstał mega chaos, z którego po dłuższej chwili i po wielu wrzaskach udało się wyjść. Flaga na punkcie została zdobyta, jednak nie dało się jej zmienić zgodnie z instrukcją od Orga, bo była na stałe do masztu przywiązana. Poradziliśmy sobie demontując cały maszt...

Po pozbieraniu ocaleńców ruszyliśmy dalej zgodnie z wyznaczonymi punktami... na następnym nie znaleźliśmy masztu, na kolejnym natknęliśmy się na całkiem zgrabnie zastawioną pułapkę ale dzięki przewadze technologicznej udało nam się ją wyeliminować i przechwycić flagę. Żadnego auta po drodze nie spotkaliśmy, w oddali też nic nie słyszeliśmy. Jako że godzina była już późna (po 1 w nocy), a my mieliśmy w planach działanie od 7 rano dnia następnego - ruszyliśmy z buta marszem ubezpieczonym na bazę. 
I tak skończyła się nasza nocna akcja.

Rankiem dnia następnego udało nam się nie spóźnić na apel :) na którym dowiedzieliśmy się, że zjebaliśmy nocną akcję doszczętnie, bo wszystko nie tak, źle zrozumieliśmy scenariusz i niezgodnie z zasadami użyliśmy pojazdów. No cóż... może było by mniej nieporozumień, gdyby jasno opisane rozkazy były wydawane na papierze, a nie wydawane na gębę przez orgów, którzy potem poszli spać i byli, siłą rzeczy niedostępni. Może również było by mniej kwasów, gdyby komunikacja między orgami była lepsza. Ale ja mogę tylko gdybać, bo, jak już wcześniej pisałam, jestem tylko szarym medykiem nie uczestniczącym w odprawach. 

Ze standardowym opóźnieniem wynikającym z przyczyn niezależnych od organizatorów, wyruszyliśmy na następną akcję uzbrojeni dodatkowo we wkrętarki... Operation IKEA - bądź bohaterem poligonu - Budujemy Mosty dla Pana Starosty. 

Zaczęło się bardzo fajnie - ustawiliśmy respa, wysłaliśmy patrole i jako HQ ubezpieczaliśmy dowódcę strony do czasu przybycia reszty sił sprzymierzonych (pluton specjalny był już w terenie, natomiast pluton pierwszy odsypiał nockę i wchodził w teren później). Dosłownie chwilę po wyjściu z bazy sekcja Bravo wlazła na zasadzkę wroga, na szczęście udało się ją wyeliminować z jedną stratą. Zadaniem naszego plutonu były akcje dywersyjne odwracające uwagę Hełmów od faktycznej lokalizacji budowy przepraw. Tu muszę powiedzieć, że zazdrościłam chłopakom biegającym w terenie i ostrzeliwującym się z Hełmami przez rzekę. Relacje które do nas dobiegały brzmiały epicko... między innymi ostrzał Irka, który właśnie lał radośnie nad rzeką i z "co nieco na wierzchu" uciekał spod ostrzału... Musiało być na prawdę ciekawie.

W pewne zdziwienie wprawiła nas obecność pojazdów przeciwnika na naszym terenie, bo na odprawie (na której przypadkiem byłam) było jasno powiedziane, że do momentu zbudowania przepraw nikt ongame nie może się przeprawiać przez rzeczkę. Fakt, nie było zaznaczone, że Hełmy nie mogą startować po naszej stronie, ale wydawało nam się, że taka ich przewaga będzie już mega przegięciem i twórcy scenariusza na to nie pozwolą... Ot, niespodziewanka.
W każdym razie Pluton Specjalny przy wsparciu Plutonu Pierwszego wybrał dobre miejsca na przeprawę i rozpoczął ich budowę. W tym czasie nasz pluton zasuwał po lesie i kosił Hełmy, dekoncentrował i wiązał ogniem zauważonych na drugim brzegu i robił wszystko, by opóźnić wykrycie faktycznego miejsca budowy. 
HQ plutonu drugiego też ruszył w teren... Próbując połączyć się z sekcją Bravo najpierw minęliśmy duży oddział kapeluszy, który pomimo naszych sygnałów nadawanych paszczą długo nie chciał nas zauważyć (do końca nikt się nie przyznał do bycia tą sekcją), później zaś zauważyliśmy kilkuosobowy oddział Hełmów zmierzający w stronę naszego Respa. Ich było około 5ciu, nas trójka... zgodnie z jakąś pokrętną logiką zaatakowaliśmy. Szybkie skoki, dobra kultura ognia, szybkie zmiany magazynków... i oni przed nami zwiewają! Ale jak to?!? Już myśleliśmy że jesteśmy tacy groźni i skuteczni, gdy z lasu wyłoniły się połączone sekcje Alfa, Charli oraz część plutonu pierwszego. No, ale moralne zwycięstwo i tak należy do nas.

Trochę łażenia po lesie, szybki powrót na respa w celu uzupełnienia amunicji, meldunek że alfa dostała ostro w dupę. Lecimy wraz z Bravo ze wsparciem, udaje się połączyć z Alfą. Od sztabu leci rozkaz wsparcia Specjalsów przy budowie, bo Hełmy coraz bardziej dobierają im się do dupy. Idąc na miejsce natrafiamy na Honkera przeciwnika, którego, pomimo zasadzki, nie udaje się zniszczyć. Bravo zostaje, HQ i resztki Alfy idą na przeprawy. Tam trwa już w najlepsze regularna mordownia w gęstych krzunach w akompaniamencie triumfalnego bzyczenia komarzyc zagłuszającego nawet szczekanie KMów... 

Płyty OSB przeznaczone do budowania przepraw zostają wykorzystane jako mobilne osłony, trup ściele się gęsto. W okolicy 13 zdecydowana większość plutonu jest już martwa, resp ma być o 14, my mamy już serdecznie dość tych płyt, komarów, upału, rozpierdolu organizacyjnego i atmosfery. Wraz z chłopakami z Dzikiego Oddziału i Plutonu pierwszego postanawiam wbić na drugi brzeg i postrzelać w co się da w akcie samobójczego ataku. Giniemy. Idziemy miejsce zbiórki i wracamy na bazę.

Podobno wygraliśmy scenariusz. Satysfakcji jakoś nie odczuwam.   

Tak zakończyła się Operacja Echo. W międzyczasie był apel końcowy, dostaliśmy naszywki, pogadał do nas miły pan prezes od sponsorów i rozjechaliśmy się do domów.

Co było zdecydowanie na plus? Ja osobiście uwielbiam atmosferę wyjazdów airsoftowych. Kocham te durne żarty, te głupie akcje w rzucanie szyszkami do zrzutu kolegi, próby wciągnięcia manekina sponsorów na maszt czy spożywanie napojów wyskokowych z towarzyszami orgowskiej niedoli z łusek po jakichś granatach. 
Dla mnie zdecydowanie na plus była możliwość spotkania się z ekipą SNAFU, z którą zbratałam się trochę po wspólnej Delcie. Zobaczenie się z chłopakami z zaprzyjaźnionych ekip, takich jak ASG Olsztyn, t.Ch, Pustakami, Dzikim Oddziałem czy nowo poznanymi SG3, SCD, Dzikami... to wynagradza dla mnie większość kwasów i niedociągnięć.
Dodatkowo - jestem medykiem, miałam zatem niepowtarzalną szansę poprzytulania się do wielu spoconych i emanujących testosteronem samców, którzy łaknęli mojej obecności nawołując mnie głośno i namiętnie :P

Co na minus? Na pewno brak oprawy fabularnej scenariuszy, przez co ciężko było się wczuć i dać z siebie 150% normy. Dodatkowo niedogadanie zasad i nie do końca zrozumiałe reguły wygrywania czy przegrywania poszczególnych scenariuszy, ale to bolączka SNAFU od samego początku istnienia.

Czy czekam na następną edycję? Nie wiem, zobaczę najpierw kto będzie ją organizował. Może pomogę w granicach swoich możliwości, a wtedy wezmę też część gównoburzy na własną klatę.

Na pewno jestem dumna z mojej ekipy, która pomimo wielu problemów i przeciwności losu dała radę. 

Fenek
4.Kompania
Medic

wtorek, 11 kwietnia 2017

Camp SNAFU Delta - oczami Weterana i Orga cz.1

Kompania jeździ na imprezy spod marki SNAFU od początku swojego i SNAFU istnienia. Tym razem przeszliśmy na nieco inny poziom uczestnictwa, stając się niejako ekipą wspierającą i organizującą.

Do grona Organizatorów Campu dołączyłam Ja, Fenek.  Zajęłam się tym, w czym jestem najlepsza, czyli szukaniem dziury w całym - debuggowaniem zasad SMS. Wraz z Kierem wspomagaliśmy też piątkową rejestrację uczestników na Campie, wypisując identyfikatory, wertując listy i uzupełniając stosy tabelek. Jednym słowem - sztabowa praca logistyczna w pełnej krasie.

Czwarta Kompania podczas SNAFU Delta pełniła różne role. W piątek chłopaki dzielnie wspomagali proces chronowania replik, w między czasie uczestniczyli w szkoleniu orgowskim z zasad, ponieważ po sobotnim apelu mieli swój debiut jako wykładowcy SMS.



W czasie sobotnich bloków szkoleniowych Czwórka robiła za OPFOR dla ćwiczących na zajęciach z natarcia prowadzonych przez SMM i Silent Hunters. Głównym założeniem ćwiczenia było zmotywowanie i przeszkolenie przyszłych dowódców w agresywnym i dynamicznym natarciu na umocnioną pozycję, zastosowanie odpowiedniej taktyki i rozłożenia sił w zależności od zarysowanej przez prowadzącego sytuacji taktycznej. Weterani, czyli w tym przypadku Czwórka i Silenci, mieli w założeniu wspierać swoimi zasobami ćwiczących, nie wyrywając się zanadto do przodu i nie forsując swoich rozwiązań. Priorytetem było dać uczestnikom szansę na popełnienie swoich własnych błędów i wyciągnięcie na ich podstawie odpowiednich wniosków. Choć na pozór brzmi to jak dość nudna robota, chłopaki świetnie się bawili i bardzo skorzystali na współpracy z SMM.





W kolejnej turze szkoleń Kompania została przydzielona jako wsparcie do bloku tematycznego z formacji, prowadzonego przez ekipę Lancet. Co do samego szkolenia, to z formacjami jest jak z du...ą - każdy ma swoją. W zależności od tego z jakiej literatury się czerpie inne jest nazewnictwo, inne ustawienia i inne sygnały niewerbalne. Udało się jednak wspomóc prowadzącego szkolenie robiąc za żywą tablicę multimedialną i pokazując na własnym przykładzie jak które ustawienie powinno wyglądać w rzeczywistości.



Po szkoleniach w terenie przyszedł czas na wykład o taktyce działań nocnych, prowadzony przez Tato z Black Waters. Na tą część programu sobotniego wszyscy chyba czekali najbardziej, licząc na prawdę objawioną i gotowy przepis na sukces podczas walki po zmroku. Jak można się domyślić, nie ma czegoś takiego jak taktyczny przepis na sukces, można tylko przekazać ogólne wytyczne, jak uprzykrzyć życie przeciwnikowi, rezultat jest natomiast zawsze wypadkową wielu czynników... A w nocy czynnik zwany fartem zyskuje bardzo na znaczeniu, co wykazaliśmy na SNAFU Charlie, wyłażąc cało spod nosa obwieszonych technologią sił przeciwnika. Uratowało nas własne szczęście, rozpoznawcze chrumkanie i fakt, że pomylili nas w pierwszej chwili z własnymi siłami.

Tato rozjaśnił natomiast techniczną stronę walki nocnej, prezentując w pigułce to co trzeba wiedzieć o wyposażeniu. Dla laików w temacie NVG i Termo była to łatwo przyswajalna wiedza, obalające niektóre powtarzane w środowisku mity i wskazująca kierunki, które warto zgłębić dokładniej.

Później przyszedł czas na nocny blok szkoleniowy w terenie, niestety jako Org miałam wtedy inne zajęcia i nie mogłam w nim uczestniczyć...

Późnym wieczorem udaliśmy się jeszcze na ostatnie zajęcia sobotnie - krótkie scenariusze z walki nocnej. Czwórka weszła w skład mini plutonu, razem z Dzikim Oddziałem i Silentami, pod wodzą Michała. Mieliśmy za zadanie bronić przed wielkimi siłami uczestników kilku punktów w okolicznym lesie. Wyszło jak wyszło, zgodnie z założeniami szkolenia dostaliśmy sromotny łomot ku uciesze rozradowanych szkolonych. Mieliśmy jednak małą radość - pod osłoną nocy i wykorzystując zamieszanie w szeregach adeptów Kiero podkradł się do dowodzącego plutonem Greya i zaserwował mu cichą śmierć... No cóż... My tylko staraliśmy się przećwiczyć zasady SMS ;)

A wszystkie foty ze SNAFU mojego autorstwa znajdziecie TUTAJ

środa, 29 marca 2017

Z punktu widzenia medyka... inne spojrzenie na ASG

Rozgrywki ASG mają swoją specyfikę. Ze względu na małe zasięgi oraz możliwość zwiania pocisku z toru lotu, kluczowa dla powodzenia ataku jest szybkość i dynamika.

Treningi nastawione są na zdecydowane parcie do przodu, szybkie wykonywanie manewrów i wykorzystanie elementu zaskoczenia i dynamiki oddziału by w jak najkrótszym czasie zdominować jak największy teren. Szturmowcy i napadziory biegają, strzelają, drą ryja i odwalają całą tą epicką i emocjonująca robotę, która ładnie potem prezentuje się na zdjęciach. Wywalają kilogramy kulek, przelatują przez ładownice kilka razy podczas akcji, turlają się po krzakach i wypatrują wrogów.

Na koniec schodzą z pola walki, martwi lub żywi, chwaląc się kto kogo jak oskrzydlił i ilu nieprzyjaciół odstrzelił.

A gdzieś tam z tyłu jest medyk...

Medyk z racji swojej funkcji nie może pchać się na pierwszą linię ognia, a do szalonego szturmu przyłącza się tylko w ostateczności. Jeśli medyk zginie, nikt już nie dostanie drugiej szansy, nie będzie opcji podniesienia rannych kolegów i wykonania zadania. Wtedy już tylko one shoot, one kill.

Medyk idzie więc z tyłu, czekając aż teren zostanie przynajmniej trochę wyczyszczony i zabezpieczony. Ma oczy dookoła głowy, bo wie jaka ciąży na nim odpowiedzialność, najczęściej robi też robotę czujki tylnej, bo akurat ciągnie w ogonie formacji i nie za bardzo może rzucić się w wir walki. Jego głównym zadaniem nie jest eliminować przeciwników, a podnosić własnych rannych, aby sprawnie wrócili na front oraz zabezpieczać tyły, w czasie kiedy większość ekipy związana jest ogniem na froncie.

Jak wygląda typowa misja, gdy ruszam na nią w funkcji sanitariusza? Przez większość czasu idę za oddziałem, często na samym końcu. Wypatruje maruderów, którzy mają ochotę zajść nas od tyłu lub flankować z daleka. Zwracam szczególną uwagę na cywili, którzy również lubią pojawiać się nagle za oddziałem. Przez cały czas jestem na radio, aby mieć przynajmniej teoretyczny ogląd na to, co się dzieje z moją ekipą z przodu, jakie są cele, kiedy przypuszczalnie nastąpi jakieś starcie.

Potem zaczyna się kocioł, chłopaki biegają, strzelają, flankują i odrywają. Chwilę później obrywają. Ja trzymam się trochę z tyłu, dając im ogień osłonowy, często tylko po to by wywrzeć na wrogu efekt psychologiczny, bo trzymam się na granicy zasięgu. Ktoś pada, ja czekam na zabezpieczenie miejsca i albo ewakuuję, albo opatruję na miejscu. Teraz jest moje 5 minut - im szybciej ściągnę z delikwenta opo, im szybciej zabandażuje i poskładam do kupy, tym szybciej on będzie mógł wstać i pomóc innym w natarciu. Mój sukces liczy się w sekundach poświęconych na łataniu i ilości zużytych bandaży.

Gdy już strzały i jęki rannych ucichną, a ekipa wymienia się potwierdzonymi trafieniami, w mojej głowie kołacze się jedna myśl:

Wywaliłam może półtora magazynka, nie trafiłam nikogo...  Podniosłam dziś dziesięciu.

poniedziałek, 27 marca 2017

Milsim Kontakt - film drogi...

28 stycznia wybraliśmy się na imprezę organizowaną przez Alpha Detachment na kultowej miejscówce Mokry Ług. W założeniu miał być to szybki, dynamiczny milsim obliczony na 6h, osadzony w realiach konfliktu afgańskiego. Mechanika zakładała użycie Red Systemu, skompletowaliśmy więc pełną apteczkę, przyswoiliśmy zasady, medyk wkuł na pamięć cały podręcznik i ruszyliśmy na miejsce.

Milsim przygotowany był całkiem sprawnie... Przed całą akcją ruszyła pełną parą organizacja naszej strony konfliktu, były ISOPREPy, były narady sztabu, łańcuchy dowodzenia, plany, mapy i kryptonimy. Do dyspozycji mieliśmy dwa auta, do obstawienia kilka punktów, generalnie wszystko zapowiadało się bardzo obiecująco. Przygotowani na niskie temperatury, wsparci przez Siwego i Volfa, ruszyliśmy na podbój Afganistanu jako dzielne oddziały ISAF.



Co wyszło i czemu:

Niestety część ekip nie dojechała na miejsce, bo zimno, niedziela, jednak mi się nie chce i nie jestem aż takim uber pro twardzielem (niepotrzebne skreślić). W związku z mniejszą siłą strony, dowódca podjął paskudą decyzję zaprzestania wykonania planu i pójścia "kupą" na poszczególne punkty, żeby na pewno je zdobyć. W efekcie przez następne 4h łaziliśmy po lesie w kilkudziesięcio osobowej kolumnie ubezpieczonej, marznąc i sarkając, a milsim został określony zimowym kinem drogi w realiach ASG.
Swoją drogą musieliśmy być nie lada atrakcją dla wszystkich weekendowych biegaczy i rowerzystów.



W końcu doszliśmy na miejsce ostatecznej akcji... zaatakowaliśmy kupą (jako że tą taktykę konsekwentnie stosował nasz dowódca strony). Efekt zaskoczenia poszedł się paść, bo długo czekaliśmy aż koniec długiej kolumny dotrze do początku i ustali na jakie hasło atakować. Walnęliśmy ze wszystkich rur, partyzanci zaszli nas z tyłu, wyjmując połowę sił. Ja zgarnęłam granat na plecy, co akurat było ciekawszym momentem całej rozgrywki i dobrze go wspominam.



Jakie wnioski nachodzą po całej imprezie? Można zorganizować super imprezę, ale na prawdę dużo zależy od tego, komu powierzysz dowodzenie stroną na milsimie. Chodzenie kupą się nie sprawdza. Większość ekip nie ogarnia komunikacji radiowej i wchodzi z "ej, stachu, widziałeś to z lewej?" na kanał łączności plutonu...


No i środowisko mazowieckie nie dorosło jeszcze do zimowych akcji.

Ale Mokry Ług zimą jest piękny.


No i jak zwykle ja... Fotograf.